
Prezes posortował wcześniej Polaków. Tak samo zrobił z mediami, dzieląc je na te dobre – narodowe, propisowskie i te beeeeee. To było za mało. Wojna PiS z IV władzą zaczyna się teraz na terenie Parlamentu RP. Korespondenci będą upychani w specjalnych strefach, jak małpy w klatkach. Przepustki i akredytacje będą dla wybrańców. To oczywisty zamach na wolność słowa i demokrację. Tłumaczenia pisowskiej władzy są jak zwykle z księżyca.
REKLAMA
Każdy rozsądny polityk doskonale wie, że era trybunów ludowych, którzy głosili swoje poglądy ze skrzynek na warzywa minęła wieki temu. Większość parlamentarzystów, tych z piątego rzędu, bardzo chętnie wypowiada się przed kamerami. W środowisku dziennikarskim jest od dawna takie powiedzenie – polityk bez mediów nie istnieje. Kilka lat temu, kiedy przygotowywałem jeszcze materiały informacyjne, czyli tzw. newsy dla TVP, zastanawiało mnie dlaczego tak trudno przekonać polityków PiS do wypowiedzi przed kamerą. Często tematy nie były kontrowersyjne. Chodziło o zadanie dwóch krótkich pytań. Jeśli już zgadzali się, byli zamknięci w sobie, podejrzliwi, nieufni. Chociaż oczywiście zdarzały się wyjątki. Później uzmysłowiłem sobie, że PiS miało swoje media, czyli Radio Maryja, TV Trwam i TVP podczas krótkiej kadencji 2005 – 2007. Druga myśl. PiS mówi przecież jednym głosem. Nie ma tam miejsca na samowolkę, na własne zdanie, różniące się od poglądu prezesa Kaczyńskiego.
Tak będzie za chwilę w Sejmie. Władza chce wyeliminować to, co przypadkiem znajdzie się na wizji, fonii, w prasie czy w Internecie. Tutaj nie może być miejsca na przypadek. Z ust polityków PiS padła w ciągu roku, jak z automatu, seria tylu słów, obnażających ich kulturę osobistą oraz kondycję intelektualną, że w końcu powiedziano – stop. Zatem najłatwiej uniknąć takich „niezręcznych” sytuacji umieszczając wybranych reporterów w wyznaczonych miejscach. Tłumaczenie jest oczywiście absurdalne. Na przykład tłum spragnionych informacji dziennikarzy rzucał się na posłów z PiS, kiedy właśnie wychodzili z toalety, zapinając spodnie. Po co reporterzy mają wałęsać się po korytarzach i siedzieć pod ścianami sejmowymi, skoro będą mieli stworzone idealne wręcz warunki do pracy w jednym czy dwóch miejscach? A ten komfort to sala, stół i krzesełka. To co mają wiedzieć, dowiedzą się na konferencjach prasowych, od rzecznika klubu parlamentarnego lub z oświadczenia dla prasy.
Drugi przykład tej decyzji po prostu przytłacza. Pisowska władza wzoruje się na rozwiązaniach stosowanych w Parlamencie Europejskim, gdzie wyznaczone są miejsca dla dziennikarzy. Zwykle podpierają się tym argumentem posłowie, którzy PE w Brukseli czy Strasburgu widzieli jedynie w telewizji. Miałem to szczęście i widziałem, jak funkcjonują media na terenie Parlamentu Europejskiego. Owszem, są tam studio telewizyjne i radiowe, które dziennikarze rezerwują wcześniej. Jest duża sala medialna, ale nie spotkałem się z przypadkiem, żeby korespondenci byli przeganiani z korytarzy. Wręcz przeciwnie. Są tam traktowani z wielkim szacunkiem, stale pytani, czy jeszcze czegoś potrzebują. Specjaliści do kontaktu z mediami są cały czas do ich dyspozycji, chętni do pomocy. To dwa różne światy.
PiS próbuje po prostu włożyć knebel w usta mediom komercyjnym i nieprzychylnym władzy, nie mając świadomości, że samo sobie tym szkodzi. News ma to do siebie, że musi być przygotowany błyskawicznie, żeby "wejść" do wydania. Dzisiaj, nie za dwa, trzy dni. Jeśli dziennikarz nie zdobędzie głosu drugiej strony, nie będzie mógł dodzwonić się do rzecznika prasowego, nie dostanie oświadczenia na piśmie, po prostu powie to w komentarzu. Dla reportera, to o połowę mniej pracy, a z doświadczenia wiem, że jeśli na antenie telewizyjnej padają słowa – „niestety nie udało nam się skontaktować w tej sprawie z rzecznikiem PiS. Nie odbierał telefonu”, odbiór widza jest jednoznaczny. Władza ucieka od odpowiedzi. Ukrywa coś. A przecież jeśli już nie na korytarzu sejmowym, reporterzy mogą zrobić wielkie oblężenie prezesa Kaczyńskiego, kiedy będzie wychodził z Sejmu, z biura PiS przy Nowogrodzkiej czy z domu na Żoliborzu z kotem na spacer. Zacznie się zabawa, nomen omen, w kotka i myszkę. Kolejna sprawa to tzw. „przykrywanie” tematów niewygodnych. Podam pierwszy z brzegu. Kiedy komisja sejmowa „grillowała” sędziego Rzeplińskiego w lipcu, kamery miały być skierowane na pyskówki Pawłowicz i Piotrowicza, a dziennikarzy miało zabraknąć na sali obrad, gdzie PiS próbował „przepchnąć” ustawę o podwyżkach od posłów, przez rząd po prezydenta. Media nie ominęły tego tematu, który wywołał burzę wśród opinii publicznej. Kaczyński wycofał się z ustawy. Po prostu ta partia nie potrafi tego robić. A z drugiej strony pilnowana jest przez media, jak nigdy dotąd. Partii Kaczyńskiego świetnie natomiast wychodzi zjadanie własnego ogona wewnątrz struktur stosowanymi intrygami oraz infantylnością.
I wreszcie, to woda na młyn dla opozycji. „To zamach na wolność sejmowych mediów. Zgłaszamy uchwałę, która wymusi na Marszałku Sejmu konieczność debaty nad propozycjami zmian w organizacji pracy sejmowych dziennikarzy” – powiedziała podczas konferencji PO poseł Agnieszka Pomaska. Ze względu na skład w Sejmie, posłowie PiS nie zmienią zdania, ale liczy się sama reakcja. PiS nie bierze pod uwagę, że „najciekawsze perełki” padają poza Sejmem na antenach radiowych lub w prasie, w portalach społecznościowych, a to oznacza, iż prezes nie jest wstanie zapanować nad swoimi posłami. W klubie parlamentarnym PiS nie ma dyscypliny w komunikowaniu się z mediami. Wielu polityków – nieważne w jaki sposób, chce mieć swoje 5 minut w przestrzeni publicznej, ponieważ nie wiedzą ile jeszcze czasu mają do kolejnej kampanii wyborczej.
Pisząc ten tekst przypomniałem sobie premiera Waldemara Pawlaka, który w 1992 roku odganiał się od dziennikarzy, jak od much, odpowiadając na ich pytania – słynnym „sio”, które przeszło już do historii i przywoływane jest z uśmiechem przez wykładowców dziennikarstwa i komunikacji społecznej.
Dziwne, że PiS, tworząc klatki dla mediów, nie przywołało historii sprzed ćwierć wieku, kiedy Marzena Domaros vel Anastazja Potocka, podająca się za korespondentkę włoskiego „Le Figaro” przemierzyła sejmowe zakamarki w zadłuż i wszerz. Pozostały tylko po jej obecności w polityce "Pamiętnik Anastazji P. (erotyczne immunitety)". To zapewne dodatkowo mogłoby przekonać opozycję i wyborców.
