
Senat przegłosował ustawę o zgromadzeniach publicznych. Nowela, która wróci teraz do Sejmu jest niemal wzorowa. To oczywiście typowa gra na czas PiS - u, ale czy w odpowiednim momencie? Do protestów przygotowuje się Ogólnopolski Strajk Kobiet odnośnie konwencji antyprzemocowej. Gorąco będzie w całym kraju również w 35. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. To, że prezes boi się jak ognia ludzi na ulicach wiadomo nie od dziś. Kalkulacja była prosta – jeśli zabronimy, Polacy ruszą jak lawina.
Z ustawy m.in. zniknął przepis przewidujący pierwszeństwo do organizacji manifestacji dla przedstawicieli władz publicznych oraz Kościołów i związków wyznaniowych. I w tym momencie „gorszy sort” Polaków powie – no cudownie.
Nowela ustawy wprowadza m.in. możliwość otrzymania na trzy lata zgody na cykliczne organizowanie zgromadzeń i brak możliwości organizacji konkurencyjnego zgromadzenia w tym samym miejscu. Przewiduje ona także, że odległość między zgromadzeniami nie może być mniejsza niż 100 metrów. Sejm zaproponował, aby nowela weszła w życie z dniem jej ogłoszenia. Rewelacyjnie można by było pomyśleć - a protestujcie sobie drodzy Polacy do woli, tylko bawcie się dobrze, ale bezpiecznie.
I teraz druga odsłona. Dokładnie dwa dni ma premier Beata Szydło, od której teoretycznie zależy wypowiedzenie konwencji antyprzemocowej Radzie Europy, żeby zaprzeczyć temu. O tym, że pisowska władza ma zamiar posunąć się do tego, wiadomo od kilku dni. Ogólnopolski Strajk Kobiet zareagował natychmiast i wystosował ultimatum do prezesa PiS, premier rządu i prezydenta o jasną deklarację, że traktat będzie nietknięty. Czas mija 10 grudnia. Jeśli nie będzie odzewu ze strony władzy, będą strajki i protesty w całej Polsce. Poza stolicą pod biurami PiS. Trzeba przyznać, że hasło pod rozłożonym parasolem jest nośne. „Ten rząd dalej nie pojedzie” rzeczywiście robi wrażenie, a po traumatycznym starciu prezesa z Polkami w sprawie ustawy aborcyjnej, może wywołać u Kaczyńskiego nawet panikę.
Tak jak pisałem kilka dni temu, obojętne na ruchy PiS w sprawie konwencji antyprzemocowej nie pozostaną ugrupowania centrolewicowe. Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej zagroziła, że jeśli PiS wypowie konwencję, Kaczyński może być pewny, iż IP wyjdzie na ulice. Żarty więc się skończyły.
I wreszcie 13 grudnia. 35. okrągła rocznica wprowadzenia stanu wojennego. W tym roku data wyjątkowa. Dlaczego? Józef Pinior – legenda dolnośląskiej „Solidarności”, internowany wraz z innymi działaczami opozycji z całego kraju grudniowej nocy w 1981 roku, ostatnio został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne. Sytuacja iście groteskowa, a zarówno tragiczna, ponieważ Pinior po ponad trzydziestu latach przesiedział kilka dni w areszcie, kiedy u władzy jest obecnie Stanisław Piotrowicz, który wówczas jako prokurator oskarżał, a prezes PiS spał słynnej niedzieli do samego południa.
Na protesty 13 grudnia ostrzą sobie zęby wszystkie organizacje „gorszego sortu” z Władysławem Frasyniukiem na czele – przyjacielem Józefa Piniora z wrocławskiej „Solidarności”. Pinior zasłynął z tego, że wspólnie z kilkoma kolegami z opozycji, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego wypłacił z banku związkowe pieniądze zanim zajęła je Służba Bezpieczeństwa PRL. Zobrazowano to w filmie „80 milionów”.
Kalkulacja Kaczyńskiego jest prosta. Przetrwać falę grudniowych protestów, a od przyszłego roku, kiedy nastroje społeczne będą ostre, jak brzytwa, ustawę o zgromadzeniach Sejm znowelizuje. Premier Szydło wówczas powie, że w kraju gdzie demokracja ma się dobrze nie prowadzi się dialogu z władzą na ulicy. Problem w tym, że Polacy to przekorny naród, ukierunkowany wydarzeniami historycznymi. Jeśli ktoś nam zabroni protestować, będziemy to robić wbrew pisowskiej ustawie z podwójną siłą. A wtedy żarty naprawdę się skończą.
Kaczyński boi się rozwścieczonego tłumu i wielkiej siły w zdeterminowanych ludziach. Sam przyglądał się kiedyś temu z daleka. Wie doskonale, że jeśli padnie w stronę demonstrujących chociaż jeden strzał z gumowej kuli, ktoś zamachnie się pałką na protestującego, to ludzie wtedy stratują kordony policyjne. Będzie to koniec władzy prezesa. Jeśli ktoś może strącić go z piedestału, to nie opozycja czekająca na wzrost poparcia, lecz jedynie rozjuszony naród. Wielu Polaków pamięta jeszcze lata 70. i 80., pałowanie ludzi podczas manifestacji czy powtarzaną w każdą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w telewizji scenę przejechanego mężczyzny przez opancerzony wóz.
Demony historii, pamięć, geny, adrenalina, psychologia tłumu, to tykająca w Polakach bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Strach przed tym wszystkich paraliżuje wręcz Kaczyńskiego. A przyszły rok to będzie dopiero właśnie czas buntu przeciwko władzy.
