Wiersz z 1971 roku.

REKLAMA

I

"Był na tyle bezczelny, że chciał poznać samego siebie..." Ni mniej, ni więcej, a samego siebie. W celu osiągnięcia tego nieosiągalnego celu najpierw uzbroił się w zwierciadło, lecz potem, uświadomiwszy sobie, że główne zadanie nie polega na tym, by widzieć, ale na tym, by o tym, co się widzi opowiedzieć Holendrom, wziął stalową igłę i przystąpił do opowiadania. Cóż nam wyjawił? Ukazał w zwierciadle twarz, która w najbardziej powszechnym znaczeniu jest zwierciadłem. Każdy wyraz twarzy to tylko odbicie tego, co przydarza się człowiekowi w życiu. A przydarzają się różne rzeczy: wątpliwości, zakłopotanie, nadzieje, gniewny śmiech, - jak dziwnie jest dostrzegać, że te same rysy potrafią wyrazić bardzo różne w istocie uczucia. Jeszcze dziwniejsze jest to, że koniec końców w miejsce gniewu, goryczy, nadziei i zadziwienia, przychodzi maska spokoju - wywołuje to takie odczucie, jakby zwierciadło chciało odmówić wykonywania swoich obowiązków, stać się zwykłym szkłem, przepuszczać i światło, i mrok, bez żadnych przeszkód.

Taką zobaczył swoją twarz. Zawarł w niej to, że człowiek może wytrzymać każde uderzenie losu, ze smutkiem czy z radością w równej mierze jest mu do twarzy: jak w okazałych szatach cara. I jak w łachmanach po żebraku. Przymierzył wszystko, zatem wie, że wszystko, co przymierzył, pasowało.

II

Wtedy ku innym zwrócił wzrok, którym się wówczas ma przyglądać prawo, gdy człowiek przyjrzał się już sobie sam. I przeszedł przed nim cały orszak - żołnierze, szczurołapy, aptekarze, lichwiarze, kupcy i pisarze - Holandia spoglądała w jego stronę niby w zwierciadło. A to zwierciadło potrafiło prawdziwie i na długie wieki - utrwalić i Holandię i to, że ta sama rzecz w istocie łączy te stare i te młode twarze, a rzeczą tą jest światło.

Nie twarze różnią się, lecz światło: są twarze niby lampy wewnątrz oświetlone, a inne raczej są podobne do tego, co te lampy oświetlają. W tym właśnie tkwi istota różnic.

Lecz ten, kto światło stworzył, ten w tym samym czasie (i niebezpodstawnie) stworzył cień, co nie jest tylko stanem światła, lecz istniejącym równoprawnie, a może nawet czymś ważniejszym.

Dowolny zatem wyraz twarzy - wściekłość, głupota, nadzieja, zadziwienie i nawet ta wspomniana maska spokoju - nie są zasługą życia, czy nawet mięśni twarzy, lecz tylko oświetlenia. Tylko te dwie rzeczy - cień i światło przemieniają nas w ludzi.

Czy to nieprawda? Cóż, zróbcie eksperyment. Zgaście świece, zasuńcie zasłony. Cóż warte są w mroku wasze twarze?

III

Ale ludzie myślą inaczej. Ludzie uważają, że o coś się kłócą, czegoś dokonują, kochają, kłamią, a nawet coś przepowiadają. Tak naprawdę używają tylko światła i często używają go źle, jak każdej rzeczy, którą dostaje się za darmo. Niektórzy zasłaniają jedno światło drugim. Inni chowają się przed światłem. A jeszcze inni pragną przyćmić cały świat swoją osobą - bywa różnie. Są też tacy, dla których światło nagle gaśnie.

IV

I kiedy gaśnie ono dla tego, kogo kochamy, a dla nas nie, kiedy możemy widzieć tylko tych, na których nie możemy patrzeć (czyli i samych siebie),

wtedy kierujemy wzrok na to, co kiedyś było tylko dalszym planem twoich portretów i obrazów - na ziemię...

Tragedia skończona. Aktor odchodzi na bok. Ale scena pozostaje i zaczyna żyć własnym życiem.

A skoroś wdzięczny jest losowi, Przedstaw tę scenę z jej namiętnościami.

Już wygłosiłeś swój monolog. Ona przeżyje twoje słowa i twój głos, i szum owacji, i milczenie tak bardzo namacalne po burzy oklasków. A potem - ciebie, który przeżyłeś już to wszystko.

V

No cóż, wiedziałeś to już wcześniej. To też jest przecież droga w ciemność. Ale czyż trzeba się obawiać mroku? Przecież on jest sposobem uchronienia światła od niepotrzebnych strat, rodzajem snu, jedynie odpoczynkiem.

Ale on widzi. Fragment twarzy. Skrawek jakiejś tkaniny. Część powozu. Czyjś kark. I dzban, i drzewo. Wszystko to są marzenia senne światła, które zasnęło mocnym snem.

Lecz które wcześniej albo później się obudzi.