Kto będzie nowym szefem polskiej dyplomacji? Pytanie jest dzisiaj bardzo aktualne, bo wszystko to, co działo się wokół exposè wygłoszonego przez Witolda Waszczykowskiego w sejmie wskazuje, że jego dni w resorcie są policzone.
Pożegnalne exposè?
Minister spraw zagranicznych odczytał wystąpienie niepewnym, ściszonym głosem. Dukał i mylił się co chwilę tak, jakby zostało napisane przez inną osobę, a sam Waszczykowski widział je pierwszy raz na oczy. Ktoś z komentatorów żartował, że sprawiał wrażenie, „jakby był po dużym i dobrym obiedzie”. Był w Sejmie Prezydent, był jak zwykle przy takiej okazji cały korpus dyplomatyczny i na chwilę nawet wpadła Pani Premier. Jednak poselskie ławy PiS świeciły pustkami. Nie było w nich również najważniejszego posła tej partii. To dla Waszczykowskiego jako szefa resortu zły prognostyk. Nie ma on takiej siły, jak Macierewicz, ale liczbą wpadek z pewnością może z nim konkurować. Prezes tymczasem chętnie kogoś ośmieszy, ale sam ośmieszać się raczej nie pozwala. Macierewicz robi to z premedytacją i pełną świadomością, a Waszczykowski jest po prostu nieudolny.
Wystąpienie ministra było niespójne i niekonsekwentne, jeśli wziąć pod uwagę to, o czym mówił rok temu. Nie widać żadnej strategii. Jest tylko reakcja na potrzeby chwili i to zwykle dość pokraczna. Teza o tym, że „nareszcie jesteśmy w Europie słyszalni” jest oczywiście bardzo prawdziwa. Wszyscy się przysłuchują i kręcą z niedowierzania głowami. Chęć polskiego ministra spraw zagranicznych „zmiany traktatów” tak, aby była na „polską modłę” jest natomiast jakąś aberracją. Przecież dlatego właśnie mamy Brexit, bo Wielka Brytania nie była w stanie zmienić traktatów na „modłę brytyjską”. Nie będę państwu cytował poszczególnych fragmentów, bo bez problemu można całość znaleźć w sieci. Można też porównać z tym, co mówił minister rok temu. Z tego porównania właśnie wynika jasno, że Witold Waszczykowski dopiero się uczy. Jest to dla Polski spory kłopot, bo przy dzisiejszej sytuacji geopolitycznej potrzebujemy wytrawnego gracza, a nie stażysty, który nawet nie rokuje.
Niemiecki pragmatyzm – polskie emocje
Exposè było w tym tygodniu tylko kwiatkiem do kożucha w sferze polityki zagranicznej. Wizyta Angeli Merkel w Warszawie była bez wątpienia wydarzeniem najważniejszym. Pod względem organizacyjnym wyglądało to trochę jak koncert. Najpierw wystąpił support, a na koniec gwiazda. Najpierw Pani Kanclerz spotkała się z Prezydentem, Panią Premier, parlamentarną opozycją (nie całą), a na koniec z liderem partii rządzącej, który de facto w Polsce sprawuje władze. Oczywiście prawicowe media rozprawiają, jaka to ważna postać ten Kaczyński, skoro Kanclerz Niemiec spotyka się z nim indywidualnie. Berlin ma jednak do sprawy bardzo pragmatyczne podejście. Nie interesuje się takimi głupstwami. Angela Merkel chce zwyczajnie wiedzieć, czy w przypadku, kiedy przyjdzie jej „budować” Unię na nowo będzie mogła liczyć na Polskę. Czy Polska będzie chciała do tego ścisłego jądra należeć bez względu na to, kto akurat nad Wisłą rządzi. To jest pragmatyzm. Nie ma obrażania się. Polska jest dużym krajem Unii Europejskiej i bardzo ważnym partnerem gospodarczym Niemiec. Różnica polega jednak na tym, że Niemcy chcą partnerstwa, a Polska Kaczyńskiego „wstaje z kolan” i chce udawać mocarstwo, co jest z góry skazane na porażkę i jednocześnie zwyczajnie śmieszne. Może się okazać, że była to wizyta ostatniej szansy, ale przyjdzie nam się o tym przekonać wtedy, gdy już nic nie będzie można zrobić. Deklaracja Pani Premier Szydło, że rząd „jest w stanie zaakceptować Europę dwóch prędkości” nie wróży niczego dobrego.
Katastrofa (nie) musi nastąpić
Jaka jest polska polityka zagraniczna? Jest taka, jak wystąpienie ministra Waszczykowskiego w Sejmie. Dukająca, popełniająca błędy, wewnętrznie sprzeczna, bez poparcia i przy „pustej sali”, bo nasz głos może jest słyszalny, ale nie jest słuchany. Kompletnie niezrozumiały poza Polską jest manewr związany z wyborem Donalda Tuska na kolejną kadencją na stanowiska szefa Rady Europejskiej. Polska najpewniej jako jedyny kraj nie udzieli poparcia Polakowi. Stanie się tak wyłącznie dlatego, że lider rządzącej partii jest chory z nienawiści. To jest czyste szaleństwo.
Taki sposób prowadzenia polityki zagranicznej to spychanie Polski na margines. Zalecam lekturę książek historycznych, bo z nich można dowiedzieć się, że Polska osamotniona zawsze stawała się przedmiotem czyichś interesów. Jeśli ktoś uważa, że w przyszłości będzie inaczej to szykuje nam prawdziwą katastrofę.
