Oscara za najlepszy film nie musi dostać "La La Land". Jeżeli tak będzie Akademia pokaże, że idzie środkiem, na łatwiznę, trochę nie ma ambicji, jest wręcz tchórzliwa. Niech wezmą przykład z Europejczyków, którzy w Caen wybrali zaangażowanego „Ja, Daniel Blake”. Stawiam na „Moonlight”.
Bukmacherzy i media obstawiają, że wygra La La Land. Uważam, że byłoby to nietrafione i … politycznie niepoprawne. Akademia nie powinna zamknąć oczu na amerykańskie problemy, na Trumpa, na izolacjonizm, nierówności. La La Land to film przyjemny, ładny, plastyczny, świetnie zrealizowany, no i po prostu musical, a te mają zawsze fory, bo są rzadkie i oddają hołd Hollywood klasycznemu i wielkiemu. Ale nie jest w ogóle zaangażowany, nie stawia pytań, nie porusza, to – co nie jest zarzutem – prosta historia miłosna. A czasy mamy politycznie temperamentne (w USA bardzo). W Europie triumf święcił „Ja, Daniele Blake” - Złota Palma w Caen. Współczesny „Zamek” Kafki, bardzo zaangażowany (jak to u Kena Loacha), społecznie uwrażliwiony, film o biurokracji, wykluczeniu (nie tylko dochodowym, ale np. też internetowym), nierównościach, ale też o ludzkiej życzliwości. Loach stawia pytania, na które – w zależności od percepcji, poglądów – widz będzie inaczej odpowiadał. „Ja, Daniel Blake” nie jest wyjątkowy w warstwie artystycznej, nie powalają zdjęcia i prowadzenie kamery, jest surowy, ascetyczny. Ale jest przede wszystkim WAŻNY. Dlatego dostał Złotą Palmę. I dobrze.
Amerykanie nie muszą dziś w nocy pójść na łatwiznę i wybrać film FAJNY, ale taki, o którym za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał. Nie zrobili tak choćby rok temu, kiedy wygrał wspaniały „Spotlight” i do niego chce się wracać, o nim ciągle mówić. Czy ktoś będzie rozmawiał o La La Land jak zniknie z ekranów?
Dziś może wygrać „Moonligt” - wspaniały pod względem plastyki, zdjęć, gry, ale jednocześnie skromny i bardzo subtelny. Nie pozwala przestać o nim myśleć, pozostawia widza niespokojnym jeszcze wiele godzin i dni po wyjściu z kina. Porównują go do świetnego i przełomowego „Tajemnice Brookback Mountain” Anga Lee, ale „Moonlight” jest jeszcze lepszy, bo bardziej wyrafinowany i artystyczny, subtelniejszy. Przez to bardziej wierci w mózgu i sercu, wyciska więcej łez. Albo „Manchester by the sea”. Surowy, ale wstrząsający. O hiobowym bólu i cierpieniu, ale nie pokazanym dosłownie. Przez to jeszcze ciężej się po nim poskładać w całość. Z wybitną rolą Casey'a Afflecka – tu powinien być Oscar za główną rolę męską. Są jeszcze klasyczne wyciskacze łez: „Lion. Droga do domu”, który oprócz niesamowitej historii ma walor unaoczniania geograficznej niesprawiedliwości losów (rażąca bieda Indii vs pierwszy świat) oraz „Ukryte działania” - dobrze, choć zbyt poprawnie, zrealizowana historia o segregacjach rasowych lat 50' i 60' z lotem w kosmos (i Kevinem Costnerem) w tle.
W każdym razie rozdanie jest przyzwoite, jest w czym wybierać. Nie musi wygrać La La Land. Jeżeli tak będzie Akademia pokaże, że idzie środkiem, na łatwiznę, trochę nie ma ambicji, wręcz jest tchórzliwa. Niech wezmą przykład z Europejczyków, którzy w Caen wybrali „Ja, Daniel Blake”. Stawiam i trzymam kciuki za „Moonlight”.
