Przypomina potwora z Loch Ness. Dużo się o nim mówi. Wyłania się i znika w debacie europejskiej, ale tak naprawdę nikt go jeszcze nie widział. Przybiera różne nazwy: financial Instrument, fiscal capacity, budgetary capacity - ale to kamuflaż. Chodzi o odrębny, pełnokrwisty budżet dla strefy euro! Strefa ma 19-tu udziałowców oraz wolontariuszy w postaci Monako, San Marino, Watykan, Andora, a nawet Czarnogóra i Kosowo. Nie ma wśród nich Polski...

REKLAMA

W końcu, ten enigmatyczny twór, jakim jest budżet euro, został ujęty w rezolucji Parlamentu Europejskiego, współautorstwa mego serdecznego przyjaciela Reimera Boege i socjalistki Pervenche Beres. Uzyskał niewielką przewagę w głosowaniu 16 lutego 2017. Głosowałem przeciw. Można w tym widzieć prostackie zachowanie godne „psa ogrodnika” - mnie nie dotyczy, byle tylko innym nie było lepiej. Ale to nieprawda. Życzę dobrze strefie euro, bo od niej zależy pomyślność gospodarcza Polski. Po prostu nie wierzę, że ten dziwoląg, przegłosowany w Strasburgu, wyleczy eurozonę z jej dolegliwości. Unia walutowa ma kłopot z różnicowaniem się kondycji gospodarczej Północy i Południa. Szuka sposobów, by przetrwać następną gospodarczą niepogodę w lepszym stanie, niż głęboki kryzys 2008-12.

Nie jest tym sposobem „budgetary capacity for the euro area” - jak ochrzczono nowy wynalazek w Parlamencie Europejskim. Wreszcie wskazano jego funkcje. Dwie ( obrona przed szokami symetrycznymi i asymetrycznymi) naśladują budżety federalne i rodzą pytanie o sens rozmaitych narzędzi antykryzysowych, już istniejących, z Europejskim Mechanizmem Stabilizacji na czele. Trzecia funkcja demaskuje prawdziwy zamysł i wyjaśnia, dlaczego odrębny budżet strefy euro jest tak upragniony na południu Europy. Ma on wspierać reformy strukturalne tam, gdzie reformatorom brakuje odwagi. Osładzać je ludziom nawykłym do życia ponad stan, którzy po roku 2008 obudzili się w kryzysowych realiach. Kryzys był tym głębszy, im większe były zaniechania - na rynku pracy, w sferze socjalnej, sektorze publicznym i finansach. Czy kupowanie reform za pieniądze temu zaradzi? Wątpię i widzę w tym coś, co z angielska nazywa się „moral hazard”. Świadomi tego autorzy rezolucji obudowali pozyskanie pieniądze rozmaitymi warunkami, w tym koniecznością przestrzegania unijnego Paktu Stabilizacji i Wzrostu. Ale to rodzi paradoks - im więcej wymogów, tożsamych z racjonalnym gospodarowaniem, tym mniej potrzebny jest budżet, który ma chronić gospodarkę przed skutkami złego gospodarowania!

Największą zagadką jest jednak projektowanie wydatków, bez wskazania źródła dochodów. Zaprojektowano budżet wart 2-3 proc. PKB strefy euro. Czyli dwu- lub trzykrotność obecnego budżetu UE. Skąd? Nie wiadomo! Cudów nie ma. Budżet euro musi konkurować o finanse z budżetem całej UE. I tu zaczyna się polski problem...

Nie dziś, nie jutro, ale w perspektywie Europy post-2020 trzeba się liczyć z finansowym oprzyrządowaniem strefy euro. Oby w lepszym wydaniu. Nieuchronnie, unia walutowa będzie obrastała w odrębne instytucje, bo Europa dwóch prędkości jest przesądzona. Będziemy patrzyli jak ten pociąg odjeżdża. Razem z węgierskimi bratankami, których ciągnie w drugą stronę...