Machina propagandowa oczywiście ruszyła. Premier Szydło po powrocie z "bitwy brukselskiej" powitała rządowa delegacja, czekająca z kwiatami. Zabrakło tylko chleba i soli. W Brukseli przecież oberwało się nie tylko Donaldowi Tuskowi. Skrytykowana została cała Unia Europejska za brak zasad i stosowanie "niebezpiecznego precedensu". Sprawa ta nie była oparta na jakimś fortelu. Prezes PiS został po prostu przekonany, że Tusk może łatwo stracić stanowisko.

REKLAMA

To, że Donald Tusk będzie starał się o pozostanie na stanowisku szefa Rady Europejskiej wiadomo było od dawna. Po rozmowach z przedstawicielami rządów państwa członkowskich UE klamka w tej sprawie. Będzie poparcie i przez kolejne 2,5 roku Tusk zostanie przewodniczącym RE. Kropka. Z kolei plan PiS nie opierał się na żadnym fenomenie czy jakiejś napoleońskiej strategii politycznej. Wszystko polegało na tym, czego Beata Szydło nie potrafiła w zrozumiały sposób wyartykułować podczas szczytu w Brukseli. Mówiła dużo o łamaniu zasad, nierówności w traktowaniu krajów członkowskim, o niejasności w wyborze kandydata. Dopiero gdzieś między wierszami wspominała, że Donald Tusk nie jest wybrańcem polskiego rządu.

Na tym miał właśnie opierać się "misterny" plan PiS. Rząd Beaty Szydło zgłasza swojego kandydata. I zaczęło się poszukiwanie na ostatnią chwilę następcy Tuska. Tutaj trzeba było skorzystać z pomocy pisowskich eurodeputowanych, a pod ręką byli akurat Adam Bielan oraz Ryszard Czarnecki.

Jacek Saryusz - Wolski został eurodeputowanym Parlamentu Europejskiego w pierwszych wyborach po przystąpieniu Polski do UE w 2004 roku. Szybko zaaklimatyzował się w Brukseli. Jeszcze w tym samym roku wybrano go na wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego z ramienia EPL-ED. Piastował również funkcję przewodniczącego komisji spraw zagranicznych PE. W swoim ugrupowaniu gracz polityczny w pierwszej lidze. Trzynaście lat na salonach w Brukseli. Wydawałby się, że to wymarzony następca Donalda Tuska. Znany, poważany, należy do elity wpływowych ludzi w instytucjach unijnych. Tymi kartami mogli zagrać ci, którzy przekonali Jacka Saryusz - Wolskiego, od samego początku członka Platformy Obywatelskiej, do ubiegania się o stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, ale wystawionego przez rząd PiS.

Jeszcze kilka tygodni temu sam Saryusz - Wolski zaprzeczał takim informacjom. To samo robił rząd PiS, a w między czasie trwały próby zdobywania poparcia. Nasuwa się kilka pytań. Czy wydawałoby się, doświadczony polityk, zagrał va bank? Myślał, że jest na tyle mocnym kandydatem, którego poprą kraje wspólnoty? Czy może jego promotorzy byli aż tak bardzo przekonujący? Być może europoseł potrzebował zmian, a propozycja kandydowania na szefa Rady Europejskiej połechtała jego próżność i ego. Jacek Saryusz - Wolski zapłacił za swój wybór bardzo wysoką cenę. Natychmiast został wyrzucony z PO, utracił również stanowisko wiceprzewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej i został z niej usunięty. Nie był brany pod uwagę podczas głosowania. Nawet nie zaproszono go na szczyt w Brukseli. Stracił twarz. Jest bardzo mało prawdopodobne, że wygra w jakichkolwiek wolnych, demokratycznych wyborach. A jeszcze mniej prawdopodobne, że PiS dotrzyma złożonej obietnicy. Oczywiście, jeśli takową partia złożyła. Dzisiaj wypisuje na Twitterze, że chciał rozbić tę unijną klikę, która poucza jego kraj. Nie toleruje też donosicielstwa na Polskę i grożenia sankcjami. Jacek Saryusz - Wolski wiedział oczywiście jaki zapłaci rachunek, jeśli przegra.

Przez kilka dni Jarosław Kaczyński również wierzył w "dobrą zmianę", którą przeniesie na grunt Unii Europejskiej. Skompromituje Tuska, który po powrocie do Polski natychmiast stanie przed Trybunałem Stanu. Nie ominęłoby go też zaproszenie na występy przed komisją śledczą w sprawie Amber Gold. Minister Macierewicz kazałby byłemu premierowi wyjaśniać przyczyny "zamachu smoleńskiego". Prezes byłby w siódmym niebie, gdyby udało mu się upokorzyć Tuska przed Polakami, zniszczyć i wyrzucić poza orbitę przestrzeni publicznej. Ale plan się nie powiódł.

Wielu mogło pomyśleć, że wystawienie kandydata przez pisowski rząd było intrygą, która miała wywołać zamieszanie na arenie międzynarodowej. Nic podobnego. Jarosław Kaczyński był uświadamiany i święcie przekonany, że Jacek Saryusz - Wolski zajmie miejsce Tuska, a wtedy prezes PiS będzie mógł ogłosić swój wielki sukces. Można było domniemywać, iż eurodeputowany został rzucony na pożarcie, a jego z góry wiadoma przegrana będzie pretekstem do wystąpienia pisowskiego rządu z Unii Europejskiej. Temu przeczy reakcja Kaczyńskiego. Był zbulwersowany werdyktem. Przestał nad sobą panować. Emocje wzięły górę. Dyplomatyczne wypowiedzi od zawsze były mu obce, ale tym razem retoryka była wyjątkowo przepełniona nienawiścią. Donald Tusk nie jest przedstawicielem Polski. Nie ma prawa używać flagi biało - czerwonej. Reprezentuje interesy Niemiec. To jedne z tych subtelniejszych słów wypowiedziane w histerycznym tonie.

Nóż w plecy wbił Kaczyńskiemu Viktor Orban, premier Węgier, który poparł Tuska. Do niedawna był wzorem do naśladowania oraz idolem politycznym prezesa. Pisowski rząd ośmieszył się na oczach całego świata. Ośmieszyła się premier Szydło pouczając UE o łamaniu zasad i prawa, podczas gdy Komisja Europejska cały czas przywołuje pisowskie władze do zaprzestania łamania praworządności i demokracji w Polsce. Szydło nie podpisała konkluzji po wyborze Donalda Tuska, tak jak do tej pory nie wydrukowała wyroków Trybunału Konstytucyjnego.

Niewykluczone, że Jarosław Kaczyński opętany żądzą zemsty, będzie chciał wyprowadzić polski sztandar ze wspólnoty. Praktycznie władze PiS i tak oderwane są od UE. Przed formalnym wystąpieniem z Unii Europejskiej powinno zostać przeprowadzone referendum. Prezes do wypowiedzi suwerena na ten temat nigdy nie dopuści, wiedząc, że większość Polaków nie zgodzi się na opuszczenie UE. Środki unijne dla Polski już są obcinane, a co dopiero byłoby gdyby nagle dotacje nie trafiły na konta rolników, przedsiębiorców, organizacji pozarządowych, jednostek administracji publicznej czy samorządów. Dotowana jest również aktywizacja osób bezrobotnych. Za zemstę Kaczyńskiego takiej ceny Polacy nie zapłacą.

Propagandowa machina musiała oczywiście ruszyć. Premier Beata Szydło stanęła na szczycie w obronie Polski i Polaków. Skarciła UE. Pogroziła palcem i podkreśliła, że polski rząd nie będzie tolerował takich standardów. Wróciła z tarczą. O tym, czy jej wystąpienie zostało potraktowane poważnie może świadczyć krótka wymiana zdań na konferencji prasowej po zakończeniu szczytu w Brukseli. Jeden z dziennikarzy zapytał Donalda Tuska, jak będzie w przyszłości komunikował się z polskim rządem? Szef Rady Europejskiej odpowiedział: "Ja będę się komunikował z polskim rządem w języku polskim." Na co, stojący obok Tuska Jean-Claude Juncker - przewodniczący Komisji Europejskiej, dodał: "Mam nadzieję, że jest to język, który polski rząd zrozumie...".

Mamy to szczęście, że instytucje Starego Lądu znają doskonale sytuację w Polsce, podobnie jak media i światowe agencje prasowe, które używają w swoich przekazach formy - rząd radykalnej prawicy czy po prostu Prawa i Sprawiedliwości. Czy tenże rząd przyniósł wstyd Polakom i Polsce? Nie. Sam najadł się wstydu. Ten "posiłek" odbije się czkawką w najbliższych sondażach, które już spadają PiS. Niech się wstydzi ten, co robi, nie ten co widzi. Pytanie tylko, gdzie leży granica wytrzymałości i jak długo jeszcze Polacy zniosą ten widok?