NA EUROPEJSKIM ROZDROŻU
Widać od pewnego czasu, że coraz trudniej jest utrzymać sprawność działania Unii. Głównie zresztą wcale nie w sferach odpowiedzialności Komisji Europejskiej, czy Parlamentu Europejskiego - ale Rady Europejskiej, czyli w obszarze współpracy państw członkowskich. A to jest kluczowe.
Dla niektórych państw - Unia stała się czymś "na przyczepkę". Języki polityki krajowej i języki polityki europejskiej się odseparowały. Niektórzy szefowie rządów stosują swoistą "dwumowę": dla spokoju akceptują wspólne decyzje unijne, ale w kraju są im przeciwni w retoryce powrotu ze szczytów. Unia Europejska jest z jednej strony traktowana jak "dojna krowa", z drugiej, jak "kozioł ofiarny", na którego zwala się wszystkie winy. Z tego rodzi się paraliż decyzyjny. Jego paradoksalną istotą jest przyjmowanie decyzji, ale wstrzymywanie ich realizacji.
Ale równocześnie wydłuża się lista tematów i spraw, co do których wiadomo, że będzie trudno osiągnąć porozumienie - co do ich rozwiązania. Zmniejszyła się otwartość na podejmowanie trudnych problemów. Zasady solidarności osłabiono przez mocniejsze podkreślanie interesu własnego przez poszczególne państwa. Uchodźcy poszukujący azylu w Europie stali się zagrożeniem dla religii i tożsamości narodowej - w języku sprzeciwu niektórych przywódców wobec solidarnych kroków państw członkowskich wobec tego problemu. Tym sposobem racje i wartości podporządkowywane są krajowej grze politycznej, marketingowi politycznemu, potencjalnym wynikom wyborczym. W wielu społecznościach narodowych panuje przekonanie, że to, co można - należy z idei i praktyki europejskiej "brać dla siebie" (wsparcie finansowe oraz rozwiązania ułatwiające życie Europejczykom). Reguła, że trzeba byłoby również "coś z siebie dać" - umarła w historycznych annałach Traktatów Rzymskich i wszystkich późniejszych traktatów.
Może to przy okazji znak kolejnego kryzysu generacyjnego? I czwarte już pokolenie Europejczyków po II wojnie światowej musi się zmierzyć z problemem tożsamości, wizji i marzeń, potrzeb i możliwości ich realizacji? I stworzyć presję na rządzących? Czy młodzi mogą ocalić Europę przed rozpadem czując europejskość mocniej, głębiej i - przerywając swoje milczenie, swoje niezaangażowanie? W Austrii i Holandii młodzi obronili demokrację i Europę, w Wielkiej Brytanii - niestety nie.
Dodatkowo jednak, idea Europy w modelu Unii Europejskiej jest podważana przez współczesny populizm i nacjonalizm.
To są realni przeciwnicy ducha Traktatów Rzymskich.
Ich wizje, propaganda, "fałszywki informacyjne", kłamstwa na temat ingerencji Unii w to, co powinno być przypisane tylko władztwu krajowemu - sieją zamęt, podważają wiarygodność europejskiej misji z ducha Traktatów Rzymskich. A ta misja, to: współpraca narodów, państw i gospodarek. A ta misja, to: racjonalność jednolitego rynku europejskiego działającego dla korzyści swoich obywateli. A ta misja, to: rozwój i pielęgnacja wspólnych wartości chroniących demokrację, obywateli przed omnipotencją władzy, a poprzez niepodważalność zasady państwa prawa - chroniąca pewność warunków gospodarowania.
Ta misja, to: nastawienie na rozwój, a nie na spowalnianie i opóźnianie. Na rozwój - rozumiany jako europejski skok do przodu wykorzystujący wszystkie możliwe szanse, olbrzymi różnorodny potencjał oraz przekonanie, że razem - znaczy bezpieczniej, sprawniej, szybciej.
Takie nastawienie musi zakładać użycie dla realnego rozwoju odpowiednich narzędzi i - metaforycznie mówiąc - optymalnych prędkości. Europa była zawsze Europą wielu prędkości. I taka jest również w tej chwili. Byłoby absurdem, gdyby wbrew 60 letniej tradycji od czasów Traktatów Rzymskich - eliminować tych, których dzisiejsze możliwości osiągania tempa rozwoju są mniejsze, niż aktualnych liderów. Wolniejszym trzeba pomóc. Ale pod jednym warunkiem - że chcą zmierzać w tę samą stronę, co liderzy oraz chcą rozmawiać o tym, jak liderów doganiać. W debacie o przyszłości euro trzeba uczestniczyć. W dyskusji o Europejskim Funduszu Walutowym i nowych modelach pomocy finansowej w różnych formach kryzysów gospodarczych - trzeba brać udział.
Zamiast odwracać się plecami od stawianych nowych celów rozwojowych Unii Europejskiej - trzeba nad nimi rzetelnie pracować i budować swoją (konkretnych krajów) mapę drogową osiągania tych celów: czy w kwestiach wzmocnienia zarządzania gospodarczego i rozwoju stabilności euro, czy to w sprawach cyfrowych, czy w kwestiach Funduszu Obrony Europejskiej, czy w sprawach środowiskowych, czy w bezpiecznej modernizacji energetyki, czy w zadaniu pomocy uchodźcom, czy we współpracy w walce z terroryzmem, czy w obronie ładu demokratycznego i praw obywatelskich.
Europę wielu prędkości można oswoić, jeśli będzie jasne, jaką trajektorią poruszają się poszczególni partnerzy. Ale partnerzy - dalej muszą chcieć pozostać partnerami.
Co musi być uświadomione na tym rozdrożu europejskim? Co jest fundamentalne dla żywej trwałości europejskiego projektu? Odpowiedź jest skomplikowana i prosta - zarazem.
Populizm i nacjonalizm dyktują wąskie pojmowanie, często skarlałe rozumienie interesu narodowego. Nie można tego pogodzić z tradycją Traktatów Rzymskich i przyszłością Wspólnej Europy. A jedynie Wspólna Europa niesie Europie szanse.
Trzeba więc zrozumieć szanse, jakie przed Europą stoją i to w czasach wielkich niepewności oraz zagrożeń. I trzeba te szanse uświadomić wszystkim Europejczykom. Ale także uświadomić im ryzyka związane z utratą projektu europejskiego. Wówczas znowu wrócimy do wyjściowego punktu (choć w innej formie) emocji europejskich, jakie towarzyszyły powstaniu Traktatów Rzymskich. Do lęku i nadziei. Europa nie zmarnowała nadziei 1957 roku. Nie zmarnujmy ich teraz.
Michał Boni Marzec 2017 W 60 rocznicę Traktatów Rzymskich
