
Alfreda poznałem po raz pierwszy na podwórku obok domu doktora Krasińskiego. Przez pierwsze kilka dni miałem przyzwyczaić do siebie Alfreda, nauczyć się jego stosunkowo prostej „obsługi”. A potem zostać, na krótką chwilę, jego "zastępczą matką", o ile to w ogóle możliwe. Tak zaczęła się moja przygoda z łosiem.
REKLAMA
O Alfredzie wiedziałem tylko tyle, że został osierocony. Człowiek był kojarzony przez Alfreda wyłącznie z ogromną butlą mleka. Butelka była po spirytusie, a w środku rozrobione mleko w proszku. Do tego dochodziły płatki.
Alfred był łoszakiem, małym łosiem, który trafił do Białowieskiego Parku Narodowego z przeznaczeniem do Rezerwatu Pokazowego. Opowiadali mi pracownicy - ja byłem sezonowym wolontariuszem - że w rezerwacie były już dwa łosie - Pepsi i Cola. Słyszałem opowieść o tym, jak jeden z łosi w czasie bukowiska pokonał ogrodzenie swojego wybiegu, i zagarniał porożem wszystko co znalazł po drodze. Podobno zwiedzający pokazówkę na widok biegnącego łosia pytali, co robić, a obsługa odpowiadała uciekać.
Kiedy po kilku dniach przewieziono Alfreda do Pokazowego, była w nim już wyrośnięta samica o imieniu Adela. Zajmowała wybieg obok Alfredowego. I tak zaczął się mój właściwy czas pracy przy obsłudze zwierząt. Codziennie kilka butelek, rozrabiane mleko, wyprawy po gałęzie malin z liśćmi, które Alfred lubił.
Alfred, widząc mnie, zaczął reagować jęczeniem łosia-małolata. Kojarzyłem się mu z posiłkiem. W przeciwieństwie do Adeli wędrował po wybiegu, również w jego drugiej, rozległej części, którą na ogół otwierano tylko poza godzinami zwiedzania pokazówki. Alfred był traktowany wyjątkowo, i miał swobodę wyboru miejsca, również w ciągu dnia. Trudność sprawiało jego odnalezienie wśród wysokich pokrzyw i traw.
Alfred miał same zalety. Sama słodycz, miękki łosiowy pysk, który zmieniał swój wygląd z wiekiem. Co jakiś czas iskałem go z kleszczy, które obficie obsiadały Alfreda.
Dorastanie Alfreda przebiegało błyskawicznie. Z czasem zaczął okazywać również niezadowolenie. Potrafił strzelić kopytami. Dorastał i znalazł się w trudnej sytuacji. Z jednej strony natura dawała znać o sobie. Z drugiej przyzwyczaił się żyć w warunkach stworzonych przez człowieka. O powrocie do natury nie mogło być raczej mowy.
Wraz z końcem wakacji opuściłem pokazówkę. Alfreda widziałem jeszcze kilka razy. Miłe uczucie "matkować" łosiowi. I to pewnie dlatego tak wielkim uczuciem darzę łosie. Potem były spotkania z łosiami, które żyły na wolności. Jej smaku nie poznał Alfred. Jednak za każdym razem, kiedy widzę łosia, towarzyszy mi to samo miłe poruszenie. Już wkrótce szanse na to, że zobaczę łosie w naturze będą coraz mniejsze. Zacznie się polowanie na łosia.
A zatem sprawa odstrzału łosia wraca. W 2014 roku udało nam się zapobiec zabijaniu tych zwierząt. Teraz wszyscy mówią, że to bardziej niż pewne, i że resort środowiska „wyda swój wyrok” w tej sprawie. Nie rozumiem jak można zabijać te zwierzęta. O tym, dlaczego plan ministra w tej sprawie jest zły, już pisałem. Zabijanie łosi będzie nie tylko ze szkodą dla łosi, ale również tysięcy ludzi, którzy przyjeżdżają specjalnie nad Biebrzę i w inne miejsca, żeby łosia zobaczyć na własne oczy. Teraz to łosie zobaczą uzbrojonych myśliwych, którzy będą strzelać najpierw do podnieconych bukowiskiem samców, a potem również do samic i łoszaków, które zapomniały już o lęku przed człowiekiem. To będzie rzeź, której nie potrafię nazwać inaczej niż szaleństwo rozpętane przez nieodpowiedzialnych ludzi, żądnych wątpliwych doznań, towarzyszących zabijaniu zwierząt.
