
…ależ, proszę pani, nikt nie będzie na panią zły, poza tym na pewno będzie pani miała więcej dzieci, jest pani młoda, mąż chciałby syna? Nie, Maj kręci przecząco głową, nie o to chodzi, 'ale trudno być dziewczynką w świecie, w którym szanuje się i podziwia tylko mężczyzn, bo kim jest dziewczynka'…””
Maj ma dwadzieścia lat, wielkie marzenia i oczekiwania od świata, ukochanego (byłego) chłopaka, pracę, która może i nie jest idealna, ale wystarcza na utrzymanie i mały pokoik u starszej kobiety, za którą nie przepada. Jest młoda, naiwna i chętna do czerpania z życia w jak największym stopniu [choć nie zawsze czuje się absolutnie przekonana do tego, co w związku z tym robi]. Świat stoi przed nią otworem – na tyle, na ile może stać przed młodą, niewykształconą dziewczyną ze wsi. A potem zachodzi w ciążę i wszystko się kończy.
Jest rok 1938, więc to oczywiste, że świat jest przeciwko niej. Opcji za bardzo nie ma – zarówno decyzja o urodzeniu, jak i usunięciu, dziecka jest równie ciężka i wiadomo, że obie będą niosły za sobą konsekwencje. Maj może i może zadecydować o sobie, może i ma jakieś tam drogi wyboru, ale i ona i czytelnicy już zdają sobie sprawę z tego, że zabrnęła w ślepą uliczkę. Może sobie próbować jakoś z niej wybrnąć, może zaakceptować jakąś pomoc, ale i tak jest wiadome, że zostanie z tą decyzją sama.
„Urodzić dziecko” dzielnie, skrupulatnie i bez zbędnego tuszowania czy pudrowania pokazuje szarą rzeczywistość szwedzkiej kobiety pod koniec lat trzydziestych dwudziestego wieku. Czyli – niby jest już to równouprawnienie, niby kobieta ma szanse na rozwijanie się, na pracowanie, a nadal opcji ma niewiele i najbardziej oczekiwaną oraz pożądaną jest wyjście za mąż i zostanie w domu. To smutna rzeczywistość, ale co najgorsze – bywają momenty podczas lektury, gdy czytelnik zdaje sobie z przerażeniem sprawę, że tak naprawdę to niewiele się w ciągu tych siedemdziesięciu lat zmieniło [a przynajmniej zmieniło się sporo tylko pozornie].
Pierwszy tom trylogii Kristiny Sandberg to ciężka lektura. Po pierwsze – z powodu problematyki, jednak głównie powoduje to styl pisarki. Długie, wielokrotnie złożone zdania, które meandrują, zmieniają narracje i wątki, zdania przypominające czasem styl Myśliwskiego i Bator. Do tego częste zmiany narratorów, prawdziwe i pozorne- generalnie „Urodzić dziecko” śledzi się z punktu widzenia Maj, ale czasem, niczym filip z konopi, wyskakują rozdziały prowadzone z perspektywy jakiejś kobiety, która opowiada o tamtych wydarzeniach. Zdecydowanie ciężko się to czyta – aczkolwiek nie zmienia to faktu, że sposób pisania Sandberg zasługuje na docenienie.
Akcji jest tu niewiele – siła „Urodzić dziecko” tkwi w warstwie psychologicznej. To te ciągłe zastanawianie się nad tym, co podać na obiad [razem z niemalże natychmiastowym wyobrażaniem sobie reakcji teściów i męża], gdzie czuć podskórnie poczucie niższości Maj względem rodziny męża, jej niepewność i ciągłe próby przypodobania się. Maj próbuje zrealizować oczekiwania, jakie względem niej ma nowa rodzina, ona sama i rzeczywistość, w której istnieje. Ciągły strach przed nowym, próby zaaklimatyzowania się i wyczucia, czego od niej pragną- to działa, to „robi” tę powieść.
Do tego dochodzi jeszcze sposób ukazywania macierzyństwa. Znowu – Sandberg ucieka od pokazywania klisz i wygładzania obrazu, bez sentymentów przedstawiając szarą rzeczywistość. Jest więc miłość do dziecka, ale i jednoczesna niechęć. Maj próbuje wszystkim się zająć – wszak musi posprzątać, opiekować się dzieckiem, trzeba przygotować obiad, a i wypadałoby zrobić zakupy [i tak w koło Macieju], a temu przeciwstawiona jest bezradność, bo jak się zająć tą małą istotką, co powinna robić, dlaczego i kiedy. To mnóstwo sprzeczności, niby się wykluczających, a tak naprawdę dopełniających swoje istnienie.
„Nagle czuję lęk, przerażający strach, że a nuż okaże się, że ja też nie jestem w stanie otworzyć się na d r u g ą osobę. Bo też nie doświadczyłam pieszczot babć i dziadków, też noszę w sobie niezabliźnioną ranę i strach.” Marta Kraszewska
