Wróciłem niedawno z przemówienia Mitta Romneya w BUW, gdzie widziałem sporo amerykańskiej arogancji. Kilkaset osób czeka przed wejściem, a agenci Secret Service najpierw puścili bokiem amerykańskich dziennikarzy. Dość typowe. Pomyślałem: Przynajmniej kiedy będziemy w USA, to wejdziemy pierwsi. Ale potem przypomniałem sobie, że byłem w USA i Amerykanie zawsze i wszędzie wchodzą pierwsi. Kolejnym dowodem arogancji amerykańskiej miało być, już głośne, "Pocałujcie mnie w d..." doradcy Romneya. Ale obejrzałem nagranie i będę doradcy bronił.

REKLAMA

Scena przed Grobem Nieznanego Żołnierza przebiegała mniej więcej tak:

- Gubernatorze Romney, czy przejmuje się pan swoimi wpadkami podczas podróży? Czy ma pan jakieś oświadczenie dla Palestyńczyków? Co z gafami? - krzyczeli amerykańscy dziennikarze przez pół Placu Piłsudskiego.

- Okażcie trochę szacunku - zwrócił im uwagę doradca kandydata

- Nie mieliśmy szansy zadać pytań... - zaprotestował dziennikarz "New York Times".

- Pocałujcie mnie w d***. To święte miejsce dla Polaków. Okażcie trochę szacunku - odpowiedział Gorke.

Doradca Mitta Romneya do dziennikarzy

Nie jest moją sprawą zastanawianie się, jaki będzie miało to wpływ na notowania Romneya w Stanach Zjednoczonych. Jako dziennikarz mogę napisać, że ostre spory z doradcami polityków nie są niczym nienormalnym albo nagannym. W Ameryce donośne krzyczenie na polityków i ściganie ich z mikrofonami jest raczej rzadkie, jest to typowo polska specjalność. W Kongresie nie depcze się polityków, by nagrać setkę. W Sejmie robi się to codziennie.

Jako Polakowi nie mogę powiedzieć, by uwaga doradcy Romneya do mediów mi się nie podobała. Gorka przypomniał dziennikarzom, że są w wyjątkowym miejscu i pewne zachowanie nie przystoi. Lekcja, którą powinni zapamiętać nie tylko dziennikarze ze Stanów. Także ci z Polski. W pewnych miejscach wypada się zachowywać z szacunkiem i godnością. Amerykanie mają go zwykle dużo więcej od Polaków.