Od lat zajmuję się popularyzacją nauki. Robię to, ponieważ uważam, że naukowcy przez swoje badania i odkrycia "wygryzają" swoiste "dziury" w zasłonie dzielącej to, co znane, od tego, co nieznane. To jest naprawdę fascynujące! Ale skoro już te "dziury" powstają - to warto jak największej liczbie ciekawskich pokazać, co jest "po drugiej stronie" (patrz zdjęcie).

REKLAMA
Popularyzacją nauki zajmuję się z potrzeby serca i nie oczekuję żadnych nagród. Trwa jednak obecnie konkurs o tytuł Popularyzatora Nauki 2018. Biorę w nim udział, chociaż w 2014 roku zdobyłem już ten tytuł, więc gdybym teraz także wygrał, to będę "recydywistą".
logo
Na temat konkursu pisałem już wcześniej na tym blogu, więc tu nie będę tego wątku rozwiał. Ale na stronie poświęconej temu konkursowi pojawiła się właśnie prezentacja mojej sylwetki, więc po pierwsze chciałbym Państwa zaprosić i zachęcić do zajrzenia do niej za pośrednictwem tego linku, a po drugie nasunęła mi się refleksja, że popularyzacja nauki podlega swoistej ewolucji.
Kiedyś (w latach 90.) moje teksty popularnonaukowe zajmowały w bardzo lubianym i szanowanym tygodniku "Przekrój" całe dwie stronice. Biorąc pod uwagę wielki rozmiar tego tygodnika - był to nieomal plakat!
logo
Potem dawano mi w "Przekroju" tylko pół stronicy na mój tekst - "dopakowując " pozostałe pół strony różnymi ciekawostkami, nie zawsze związanymi z tematem mojego felietonu, przygotowywanymi przez redakcję. Oto jak taka stronica przykładowo wyglądała:
logo
Potem "Przekrój" zbankrutował (ale nie z powodu złej jakości moich felietonów!) - a mnie z moimi tekstami popularyzującymi naukę zaprosił "Dziennik Polski". Udostępniono mi sporo miejsca, ale w formie niewygodnej do oglądania w komputerze długiej wąskiej kolumny.
logo
Jednak mogłem pisać dowolnie obszerne teksty, co niewątpliwie było z korzyścią dla czytelników. Potem zresztą format drukowanych w "Dzienniku" felietonów stawał się coraz bardziej przyjazny:
logo
logo
Z pewnych względów, o których nie chcę tu mówić, przeniosłem jednak w 2010 roku moją działalność popularyzatorską z "Dziennika Polskiego" do równie popularnej "Gazety Krakowskiej". Tam też początkowo miałem sporą powierzchnię do dyspozycji
logo
ale pod naciskiem wydawcy redakcja (z żalem!) stopniowo zmniejszała mi pole działania, aż wylądowałem na prestiżowej Drugiej stronie, ale - żartobliwie mówiąc - na jej marginesie
logo
Co gorsza, wiąże się to z prawem pisania tekstów o objętości nie przekraczającej 1770 znaków (ze spacjami). Wymaga to bardzo dużej dyscypliny i rezygnowania z wielu ciekawych informacji, którymi często chciałbym się podzielić z Czytelnikami - a nie mogę, bo limit jest bardzo twardy. Na szczęście "Gazeta Krakowska" prezentuje moje felietony także w swoim internetowym wydaniu i tam się one godniej prezentują
logo
a dodatkowo pełne wersje felietonów, nie "okrojone" do tych 1770 znaków, publikuję (następnego dnia żeby nie stwarzać konkurencji dla papierowego wydania "Gazety"!) na stronie głównej AGH
logo
Jak widać, ewolucja dotyczy nie tylko gatunków zwierząt i roślin, ale także naukowych felietonów. W jednym i w drugim przypadku żeby przeżyć - trzeba się rozmnażać. :-)