Z koronawirusem mierzą się dzisiaj wszyscy - od ludzi zarażonych, potencjalnie zarażonych, zalęknionych widmem choroby, po szpitale, instytucje publiczne, ośrodki kultury czy miejsca pracy. Nawet kandydaci na prezydenta zmieniają formę swojej kampanii. A Kościół katolicki? "Stosuje się do zaleceń służb sanitarnych". Czy to wystarczy?

REKLAMA
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisław Gądecki, wydał komunikat, w którym poinformował o zmianach, jakie czekają wiernych w związku z trwającą epidemią. Sęk w tym, że modyfikacji jest jak na lekarstwo. Zwiększona zostanie liczba odprawianych mszy świętych, żeby w każdej z nich uczestniczyło mniej osób. Hierarcha przypomniał o nieobowiązkowym podawaniu ręki w czasie przekazywania sobie znaku pokoju i poradził seniorom, żeby liturgię celebrowali przed telewizorem w domu. Dodał, że kościołów nie można pozamykać, bo tak jak szpitale leczą choroby ciała, tak w świątyni leczy się choroby duszy.
Wielu moich facebookowych znajomych podniosło od razu larum. Nawet we Włoszech i Watykanie nie odprawia się mszy świętych do kwietnia, a u nas muszą robić na przekór. Sprowadzą na nas katastrofę. Większość z nich dodaje, że kościoły w ogóle powinny się pozamykać, bo to instytucje mafijne. Sprawdzam, kto komentuje. I nie znajduję wśród nich żadnego zdeklarowanego katolika, wręcz przeciwnie.
Uważam, że polska odnoga Kościoła robi źle, odprawiając dalej liturgie. Przecież to też zgromadzenia publiczne, a ryzyko zachorowania jest mniej więcej takie samo jak podczas domówki w większym gronie. Zwiększenie mszy spowoduje, że liczba uczestników nie przybliży się do tych, którzy biorą udział w imprezach masowych, ale wystarczy jeden zarażony, by kwarantannie poddać wszystkich innych. Nie, nie jestem za sianiem paniki i zamykaniem się w domach. Sytuacji z Półwyspu Apenińskiego jeszcze tutaj nie mamy, ale nie zaszkodzi zadziałać prewencyjnie. Tym bardziej, że po ewentualnym zrezygnowaniu z mszy, według prawa kościelnego wystarczy chęć uczestniczenia w niej, żeby spełnić zadość duchowi, a kościoły mogą być przecież otwarte dla modlących.
Daleko mi do wypowiedzi wykorzystujących problem koronawirusa do zamanifestowania osobistych kłopotów z katolicką wspólnotą. Choćby dlatego, że mam znajomego księdza, który jak nikt inny propaguje wiedzę na temat ochrony przed obecnym zagrożeniem. Ale równie daleko mi do przyznania słuszności arcybiskupowi Gądeckiemu. Mam wrażenie, że przewodniczący KEP mówiąc o leczeniu ducha chce na siłę wmówić odbiorcom, iż równoważna z chorobą ciała jest choroba duszy. I nie byłoby w tym nic złego, Jezus też o tym mówił (dusza miała nawet prymat nad ciałem), ale w tym wypadku mówimy o zabezpieczeniu się przed materialnym złem, nie zrezygnowaniu z wiary, praktyk religijnych. Nie powinno się poddawać wartościowaniu w takim momencie.
Jednocześnie współczuję wszystkim tym, którzy krytykują teraz działania Kościoła, a którzy zostali fatalnie potraktowani m.in. przez księdza we Wrocławiu. Zasugerował on, że koronawirus jest karą za homoseksualizm. Idąc tym tokiem rozumowania, chciałbym zapytać, o jakiego koronawirusa mu chodziło. Czy o tę odmianę, która wywołuje do 20% przeziębień w sezonie zimowym? Słowa te zostały na szczęście potępione przez przełożonych, ale wstyd pozostał.
Szkoda, że w takiej chwili nie wykorzystuje się teologii (Ewangelii!) do niesienia ludziom nadziei. Że nie mówi się o grzechu, którym niewątpliwie było nielegalne polowanie na łuskowca. Zwierzę to najprawdopodobniej jako pośrednik przeniosło wirus z nietoperza na człowieka na targu w chińskim Wuhan. O jego skutkach. I nie przypomina się, że Bóg w takich chwilach jest z człowiekiem, chce mu pomóc wykaraskać się z bagna, do którego wpadł.
A póki co może warto pójść drogą diecezji tarnowskiej, która odłożyła bierzmowania i zrezygnowała z rekolekcji wielkopostnych? Zawsze to mały krok do przodu. Na dniach abp Gądecki będzie rozmawiał z premierem Morawiecki o tym jak zachowa się dalej polski Kościół. Oby owocnie.