
Niedawno, po długiej walce z nowotworem, zmarł Bartek, mój długoletni przyjaciel i współpracujący ze mną nieustraszony fotograf. Postanowiłem podczas krótkiego pobytu w Polsce pojechać w rejon, który dla naszych wspólnych dzieł miał znaczenie szczególne: na Dolny Śląsk.
REKLAMA
Nowiutkie Renault Captur ze 115-konnym malutkim turbodieslem nie wydaje się idealnym środkiem transportu na terenach, które są nierozerwalnie związane z historią polskich rajdów samochodowych, ale moje 30-letnie pisanie o autach oraz wszystkie materiały, które stworzyłem razem z Bartkiem Szyperskim dowodzą, że sam samochód ma znaczenie drugorzędne. Zupełne beztalencie jest w stanie zrobić fajne zdjęcia czerwonego Ferrari w popołudniowym słońcu Toskanii, wykonanie zaś porywających fotografii w polskich szarościach, w zimnym deszczu i przy bardzo ograniczonym czasie wymaga zgoła innego poziomu uzdolnień.
Bartka poznałem, gdy pracował jako fotoedytor w redakcji tygodnika "Wprost"; jakiś czas potem został pierwszym etatowym pracownikiem zakładanej przeze mnie polskiej edycji miesięcznika "Top Gear". Na pierwszy wspólny wyjazd wybraliśmy się na trasę rajdu na Dolnym Śląsku moją rajdową Dacią Logan - nigdy nie zapomnę Jego stoickiego spokoju, gdy na odcinku Kamionki za późno zabrałem się do hamowania i musiałem zastosować wszystkie znane sobie sztuczki, by nie zakończyć jazdy na dachu w wartkim strumieniu. Potem jeszcze w Pieszycach trafił nam się gość, który wmawiał nam, że zbudował i poukrywał w różnych szopach silniki na wodę, które chcą zabrać mu "rządowi". Zjeździliśmy razem wszystkie znane rajdowe odcinki, do dziś znam je lepiej niż niektóre fragmenty Warszawy. Odcinek Rościszów-Walim to według mnie jedna z najciekawszych dróg na Ziemi, tu też sporo zrobiliśmy z Bartkiem, jakże często wiszącym poza bagaznikiem czy oknem jednego z aut, z bandaną na głowie, trzymającym w silnych dłoniach lustrzankę z podpiętym do niej żyroskopowym stabilizatorem. Przepiękna Jelenia Góra z kolei kojarzy mi się z wielkim zimowym porównaniem samochodów o napędzie hybrydowym, którymi przejechaliśmy całe praktycznie południe Polski.
Niedługo później wpadłem na pomysł zorganizowania wyścigu w poprzek Wrocławia, z pełnym wykorzystaniem jego wyjątkowych warunków terenowych. W wyścigu wzięli udział piechur, rowerzysta, motocyklista, kierowca małego miejskiego samochodu, ja za kierownicą ciężarówki oraz szybka łódź motorowa. Otwierające materiał zdjęcie wykonał Bartek - bo jako jedyny odważył się wjechać na wysokość 18 metrów, przy silnym wietrze, podnośnikiem koszowym. Nie mogłem w to samo miejsce wybrać się Renault Captur, nie miałem tym razem glejtu od władz miasta - ale poszedłem na Most Tumski piechotą.Pamiętam też wyprawę do Zamku Czocha pięcioma najwolniej rozpędzającymi się samochodami, oferowanymi na rynku - jechaliśmy po magiczny eliksir prędkości...
Później przyszedł czas na wymyślone również przeze mnie wielkie, coroczne porównania samochodów, ktore według nas dobrze się prowadziły na wymagających drogach. Niektóre wozy były drogie, inne komicznie tanie, wszystkie miały równe szanse, a my do końca nie wiedzieliśmy, które wygra. Z radiostacją w ręku prowadziłem długą kolumnę krętymi, górskimi drogami, zawsze też z pomocą lokalnych działaczy zamykaliśmy jeden odcinek i tam jeździliśmy na czas pod górę. Problem mieliśmy tylko z nazwą, wszystkie propozycje wydawały się banalne i naiwne. I wtedy Bartek zaproponował miano "Kotlina Mocy" - i tak już zostało.
Stałym elementem naszych Kotlin była stacja BP w Kłodzku - umyliśmy w niej setki samochodów i kupiliśmy tam całe tony paliwa. Pojechałem tam teraz niebieskim Renault, choć nawet przy bardzo dynamicznej jeździe jego motor niechętnie pali powyżej 6 litrów na sto kilometrów. Tyle wspomnień... po pierwszej Kotlinie Mocy miejscowa ludność poznawała nas od razu i czekała co roku
na kolorową kawalkadę.
Jego entuzjazm, niespożyta energia i pełne przekonanie o wykonalności każdego, nawet najbardziej szalonego zadania były zaraźliwe. Gdy ścigałem się na pochyłych uliczkach Lądka Zdroju z pozbawionymi lęku rowerzystą i motocyklistą, Bartek żałował tylko, że fotografując pozostałych uczestników wyścigu nie zdążył uchwycić momentu, gdy Fiatem 500 TwinAir jechałem w zakręcie na dwóch kołach! Najwięcej wymagał zawsze od siebie. Pod Zdrojem Wojciech w Lądku przypomniałem sobie ostatnią naszą wspólną Kotlinę Mocy, gdy Bartek, zamiast spać, perfekcyjnie fotografował wnętrza wszystkich aut właśnie tutaj, aby nasi czytelnicy mogli zobaczyć, jak kabiny testowanych samochodów prezentują się w ciemnościach.
Wszystkie nasze wspólne przygody pamiętam doskonale, także nocne spożywanie posiłku na parkingu przy McDonaldzie w Świdnicy, gdzie zaskoczyła nas nagła akcja policji przeciw handlarzom narkotyków, albo zdjęcia Mercedesa SLS z akrobacyjnym samolotem Extra, wykonywane przy ponad 200 km/h, czy nocną sesję fotograficzną wewnątrz wielkiej galerii handlowej w Lubinie, gdzie On uniósł się na wyżyny kunsztu fotografowania samochodów w ruchu.
A Renault? Pod względem podwoziowym bardzo dobrze, traci rezon tylko na szczególnie ostro pofałdowanych nawierzchniach, wnętrze jest ogromnie praktyczne. Wady? Ma, jak każde auto bez względu na cenę: za duża martwa strefa wycieraczek przedniej szyby po lewej stronie, niedopracowany system automatycznego włączania świateł drogowych i tyle. Bardzo solidny i zaskakująco przyjemny w prowadzeniu normalny samochód. Każdy pojazd może stać się bohaterem ciekawej opowieści, wszystko zależy od tego, jak zostanie ona opowiedziana i kto stworzy obrazy jej towarzyszące. Dlatego pracy z Bartkiem nigdy nie zapomnę.
