Gdyby Flea grał na trąbce tyle, co na basie, a Zack De la Rocha okiełznał baryton, to razem na bank graliby takie numery. Tyle jest na nowym albumie Pink Freud energii, że można nią obdzielić wspólne przedsięwzięcie RHCP i RATM. Nawet „Pink Jabol” smakuje wyśmienicie. Zero siary, czysta guarana!
REKLAMA
Zaczęło się od „Pink Sunrise”, czyli pierwszego singla w dniu jego premiery. Nie będę ukrywał, że nieco się skonsternowałem… Miałem podobne odczucia, jak po ostatnich filmach Polańskiego. Dobre kino, ale zupełnie nie tego reżysera… Numer fajny, bujający, klimatyczny, ale z całkiem innej galaktyki, niż ta przez dekady zajmowana przez ambitne, szorstkie, rytmiczne, skoczne, zbuntowane oraz improwizowane, głównie live, numery Pink Freud.
Gdybym, hipotetycznie, oparł swoją opinię tylko na „Pink Sunrise”, to zatytułowałbym ją „Rosé Sweet California Wine”, analogicznie jak mój niegdysiejszy wpis o redhotowskim „The Gateway”. Ale na całe szczęście jest przynajmniej kilkanaście rasowych numerów na świeżym albumie „Piano Forte Brutto Netto”, które realizują 300 % normy Pink Freud.
Albumu trzeba słuchać głośno! Najlepiej w sportowym aucie z adekwatnym audio, względnie na dobrych słuchawkach, zjeżdżając z dużą prędkością po resztkach śniegu. A za chwilę w kabrioletach, które właśnie dla takiej muzy najczęściej otwierają sklepienia. Wiem z doświadczenia…
Jest to najbardziej rockowe z dotychczasowych dokonań Pink Freud. BEZAPELACYJNIE. I tak sobie myślę, że gdyby Flea grał na trąbce tyle, co na basie, a Zack De la Rocha okiełznał baryton, to razem na bank graliby takie numery. Tyle jest tu ENERGII, w postaci chwytliwych riffów, groźnych dęciaków, atomowych podziałów perkusji, że można nią obdzielić wspólne przedsięwzięcie RHCP i RATM!
W kwestii brzmienia i konstrukcji utworów album czerpie pełnymi garściami z dokonań przywołanych przed chwilą demonów fuzji funku i punku oraz rapu i core’u. Kompozycje są zróżnicowane dynamicznie, często rozpędzają się do eksplozji bomby atomowej, dokładnie jak greatest hits RATM. Czasem zbuntowane na początku, zwalniają gdzieś w środku, wzorem niektórych perełek RHCP, choćby z mojego ukochanego „One Hot Minute”. Ale są też reminiscencje brzmieniowe sięgające nawet do „Mother’s Milk”, głównie w utworze „Green Grass”. Wojtek puszczał ostatnio na winylu tę pierwszą płytę Papryczek z Frusciante. I tak się składa, że ja też ją niedawno nabyłem na tym nośniku. Przypadek?
Biorąc pod uwagę tytuły autorskich tym razem kompozycji, tradycyjnie ideologicznie yassowych, w jakich wybija się słowo „Pink…” w konstelacji z doznaniami kulinarnymi, na przykład „… Porto”, czy „… Pepper”, to napiszę tak - nawet „Pink Jabol” smakuje wyśmienicie. Zero siary, czysta guarana!
Na koniec słowo o Wojtku, spiritus movens przedsięwzięcia od ponad dwóch dekad. Panie go kochają. Faceci go… szanują. Względnie tolerują. Niektórzy z nich złośliwie mówią, że jest kiepskim basistą… Malkontentom polecam choćby jeden z ostatnich koncertów ze Spatifu „GET YOUR JAZZ TOGETHER: Wojtek Mazolewski, Tamar Osborn, Edward Wakili-Hick”… Można by powiedzieć, że Wojtek się artystycznie spełnił i mógłby prowadzić muzycznie osiadły tryb życia. Pokazał przecież najlepsze karty, włączając galaktykę WMQ, a w kolejnych dźwiękowych rozdaniach dobierać już tylko do nujazzowego pokera. Ale on cały czas prze do przodu, szuka, rozwija się. Na „Piano Forte Brutto Netto” ze swoją umiejętnością grania na całej długości i szerokości gryfu gitary basowej, zwłaszcza wysoko brzmiących riffów czy subtelnych dźwięków, równa do innych wirtuozów tej wysublimowanej sztuki. Czyli Lesa Claypoola, Geddy Lee, a miejscami nawet Tony’ego Levina, którego – jak wiem - bardzo ceni. Daleki jest jednak od sprintu, efekciarskiej basowej akrobatyki połączonej z ekwilibrystyką, słowem domeny choćby jego imiennika o nazwisku (i symbolu) Pi… Wiem, co mówię, bo mam Jazz Bass w domu :)

