Wybuchając ze swoją „niesłychaną zbrodnią” w reakcji na dziennikarski kiks, Kaczyński pozbawił się języka, przy pomocy którego może dalej walczyć z rządem, co jest wilczym prawem i nawet obowiązkiem każdej opozycji.
Każdej gazecie może zdarzyć się kiks, ale dlaczego akurat Rzeczpospolitej (do niedawna jeszcze uważanej za poważną i odpowiedzialną) i dlaczego takiej natury i tego wymiaru? Myślę, że objawy stopniowego głupienia Rzepy z narastającym tempem występowały już od pewnego czasu. Gdy odeszła od bardziej „ekumenicznego” podejścia do debaty publicznej i zaludnila się już wyłącznie komentatorami takimi jak Rafał Ziemkiewicz, Tomasz Terlikowski czy Piotr Zaremba, presja na znajdowanie „faktów”, uzasadniających aktualną politykę Prezesa PiS, stała się głównym motywem napędowym pisma. Stąd „potwierdzone w czterech niezależnych zródłach” informacje redaktora Gmyza o trotylu. I potem, po pierwszym uczciwym „pomyliliśmy się”, żałosne krętactwo „nie można wykluczać materiałów wybuchowych”. Jasne. Nie można wykluczać. Nie można też wykluczać żółtych ludzików, sztucznej mgły i sciągnięcia Tupolewa przez zarzucenie nań lassa.
Pierwszym sygnałem dla mnie, że z Rzepą dzieje się coś bardzo niedobrego, było coś zupełnie niezwiązanego ze Smoleńskiem, ale znamionującego jakość i treść jej publicystyki: artykuł Łukasza Warzechy zaraz po mordzie Breivika w Norwegii. Dziennikarz Faktu oznajmił mianowicie na łamach „Rz”, że zbrodnia ta dowodzi… fiaska polityki multikulturalizmu. Otóż żadna przyzwoita gazeta liberalno-konserwatywna, typu Daily Telegraph, Le Figaro czy Wall Street Journal, nie opublikowałaby tak haniebnego idiotyzmu, napisanego przez komentatora z brukowca. Po prostu – nie. Dziś Rzepa jest już marnym cieniem dawnej Rzeczpospolitej, tej Rzepy Fikusa, Łukasiewicza czy nawet Lisickiego. (Piszę o tym bez przyjemności jako dawny współpracownik tej gazety i jej wieloletni publicysta – co powinienem jasno zadeklarować, dla uniknięcia podejrzeń o interesowność, a może dla przyznania, że może być ona jakimś podświadomym zródłem mojej oceny). I takiej właśnie Rzepie: totalnie zideologizowanej, monotematycznej i idealnie przewidywalnej we wszystkich swych diagnozach, opublikowanie bujdy o trotylu w Tupolewie musiało przyjść bardzo łatwo.
Ciekawsze natomiast jest dojście do ściany przez Jarosława Kaczyńskiego, w jego tryumfalnej reakcji na rewelacje Rzepy, żyjące zaledwie kilka godzin. Problem Kaczyńskiego teraz polega na tym, że już nie można powiedzieć czegoś bardziej monumentalnie oskarżającego: język polski nie zna ostrzejszych słów niż „niesłychana zbrodnia” albo „brutalna dyktatura”. Można potem już tylko miotać słowa: „niesłychane”, „zbrodnia”, „niesłychane”, „zdrada” na okrągło, co jednak nieuchronnie doprowadzi do ich inflacji. Wybuchając ze swoją „niesłychaną zbrodnią” w reakcji na dziennikarski kiks, Kaczyński pozbawił się języka, przy pomocy którego może dalej walczyć z rządem, co jest wilczym prawem i nawet obowiązkiem każdej opozycji. Zachowuje się jak nieszczęśnik naznaczony syndromem Tourette’a, wyrzucający z siebie najgorsze wyrazy (i to po kilka razy), które jednak zupełnie nic nie znaczą – poza sygnalem dla najbliższych, że stan znów się pogorszył.
Co ważniejsze – ani Kaczynski nie może już rozmawiać z władzą (bo jak można rozmawiać z mordercami swojego Brata?) ani władza nie może rozmawiac z Kaczyńskim (bo jak rozmawiać z kimś tak totalnie niezrównoważonym?). Nie może też rozmawiać z zagranicą – bo jak może ktoś rozmawiać, jak gdyby nigdy nic, z politykiem oskarżającym władze swojego państwa o zbrodnię przerastajacą najgorsze uczynki Borgiów – i udawać, że jest to normalny polityk? W tym kontekście, niedawna groteska pod tytułem „kandydat na premiera rządu technicznego” staje się bardziej zrozumiała: partia Kaczyńskiego nie jest już częścią normalnej struktury politycznej kraju, jak każda opozycja w każdej demokracji, ale istnieje w alternatywnej rzeczywistości. Tej samej, w której pojawia się trotyl w rzepie.
