
Nie jestem fanką gier. Nie tylko tych komputerowych. Mimo że jako dziecko uwielbiałam grać w Chińczyka, Monopoly i warcaby, potem - aż do czasu Scrabble i Pictionery (to takie rysowane kalambury) zapomniałam, jaka to może być frajda. Ale sobie przypomniałam.
Wyjazd z przyjaciółkami na wyspę w Bretanii.
Wakacje, zakupy na targu, empik czyli czytanie na trawie, aż tu nagle pada złowieszcze:
-Gramy? -O nie - próbowałam protestować. -Spróbuj - dziewczyny ucięły moje lamenty.


Spróbowałam i już wiem, dlaczego RUMMIKUB sprzedał się na całym świecie w kilkudziesięciu milionach egzemplarzy, ma 25 wersji językowych, a wszystkie wyprodukowane kostki, ułożone jak w domino, 2.5 -krotnie okrążyłyby Ziemię!

Grając, trzeba myśleć i liczyć. Bawić się w stratega i księgowego jednocześnie. Przewidywać ruchy innych, czyli dodać szczyptę psychologii. No i w odpowiednim momencie pozbyć się Jokera. Kto pierwszy zostanie bez kostek, ten mistrz.

OK. Przyznaję. Jestem fanką!

