Wczoraj uczestniczyłem w pogrzebie prymasa Józefa Glempa. Zapowiedziano nam, że aby wejść do katedry, należy pojawić się odpowiednio wcześniej, bo do katedry wejdą tylko wybrani, zaś wszyscy pozostali licznie zgromadzeni wierni uczestniczyć będą w liturgii na Placu Zamkowym za pośrednictwem telebimów. Na Placu Zamkowym w czasie pogrzebu było prawie pusto. Wierni zmieścili się w ograniczonej barierkami ochronnymi ulicy przylegającej do katedry. Informacje o tłumach wiernych uczestniczących w tych uroczystościach mogły być albo formułą eufemistyczną, albo zrodziły się w umysłach dziennikarzy, którzy nie pamiętają tłumów na pogrzebie kardynała Wyszyńskiego, na warszawskich spotkaniach z papieżem, czy choćby żegnających parę prezydencką po katastrofie smoleńskiej.
W samej katedrze, na godzinę przed rozpoczęciem mszy pogrzebowej, pośród rozgwaru otaczającego trumnę z prymasem, przy której co jakiś czas kolejne przybywające osoby pozowały do pamiątkowych zdjęć, trudno było o modlitewne skupienie i powagę. Z pewnym trudem przez ten rozgwar próbowały się przebić z modlitwą różańcową siostry franciszkanki z Piwnej.
Ksiądz komentujący przez głośniki przebieg uroczystości wyraźnie gubił się w tej roli. Witając dostojnych uczestników mszy pogrzebowej zachowywał się trochę jak nauczyciel czytający na początku zajęć długą listę obecności. Być może ważne to było dla wyczytanych, zapewne przykre dla obecnych w katedrze, a nie wymienionych z nazwiska i piastowanego wysokiego urzędu, a dla samego zmarłego i jego pogrzebu zupełnie niepotrzebne.
Kolejnym zgrzytem była zapowiedź odczytania listu, jaki na wieść o śmierci prymasa seniora napisał do kardynała Nycza papież Jan Paweł II. Każdemu może się przydarzyć przejęzyczenie, a w ciągu tej mszy pogrzebowej byliśmy świadkami podobnych przejęzyczeń jeszcze niejednokrotnie, ale przecież można było ten tekst przygotować w formie pisemnej i po prostu odczytać. W takim przypadku o przejęzyczenie i błąd trudniej.
Najtrudniejsze jednak miało dopiero nadejść. Homilia wygłoszona podczas mszy pogrzebowej wprowadziła w konsternację chyba wszystkich współkoncelebrujących tę Eucharystię. Zmarły prymas uczył nas przed laty, jak należy przygotowywać homilie, jak je głosić i jakich błędów przy tej okazji się wystrzegać. To wszystko, przed czym nas kiedyś w seminarium przestrzegał, mogliśmy usłyszeć w tej homilii. To zapewne sprawiło, że księża, najpierw zerkający na siebie z niedowierzaniem i zażenowaniem, następnie ukryli twarze w dłoniach i chyba modlili się w ciszy, by mówca wreszcie skończył.
Pod koniec mszy pogrzebowej wierni zgromadzeni przed katedrą usłyszeli przez głośniki, że żaden z licznie zgromadzonych w katedrze księży nie wyjdzie do nich z Komunią świętą, bo pada śnieg z deszczem. Zachęcono więc wiernych, by poszli potem do jednego z okolicznych kościołów dopełnić uczestnictwa w pogrzebie prymasa poprzez Komunię świętą.
Ktoś mógłby powiedzieć, że i tak dobrze się stało, bo nie podszedł do mikrofonu żaden z tych biskupów publicznie głoszących, który z obecnych w katedrze polityków nie ma prawa przystępować do Komunii świętej.
Bogu dziękować, że na zakończenie mszy pogrzebowej oddano głos samemu prymasowi Józefowi. Odczytane przez kardynała Nycza słowa ze spisanego zupełnie niedawno testamentu zasłoniły wszystkie gafy, błędy, przejęzyczenia i niestosowności, jakich dopuścili się organizatorzy tego pogrzebu. Jasne, proste, odważne słowa prymasa pokazały nam jeszcze raz, kogo w jego osobie utracił Kościół w Polsce wraz z jego śmiercią. Człowieka, który jako jeden z nielicznych potrafił przyznać się do błędów. Potrafił przeprosić i przyznać się publicznie do swojej słabości i niedoskonałości swoich poczynań. Patrząc na uroczystości pogrzebowe kardynała Józefa Glempa czułem, że tego dnia Kościół w Polsce pogrzebał znacznie więcej niż zmarłego prymasa seniora.
