Szanowna Pani Marszałek. Na konferencji "porozstaniowej" zapowiedziała Pani, że wolna od politykierstwa będzie się Pani chciała zająć edukacją seksualną. Temat mi bliski, więc w zasadzie to się cieszę, że w sumie dosyć smutne wydarzenia, które Panią spotkały, być może zaowocują nową jakością. Wiem, że temat dla Pani nienowy, więc być może zastanowimy się wspólnie co zrobić z pewnymi faktami...
Edukacja seksualna to temat budzący tak skrajne emocje, jak mało który. Działająca w ramach Fundacji Falochron grupa edukatorów seksualnych Nawigator, przygotowała ostatnio petycję do władz Krakowa, w której domaga się przeznaczenia większych środków na edukację seksualną, gdyż jej badania oraz grupy Ponton wskazują, że poziom wiedzy na temat sfery seksualnej u młodzieży jest dramatycznie niski. Dyskusja w internecie niestety w małym stopniu odnosiła się do faktów, bardziej bazowała na lękach, światopoglądzie, odnosiła się do wiary. Można dojść do wniosku, że wszyscy znają się na edukacji seksualnej.
Ja natomiast znam się na edukacji seksualnej mniej więcej - nie wiem wszystkiego. Jest trochę faktów, które, mówiąc kolokwialnie "nie kleją mi się". Może mi więc Pani pomoże pewne rzeczy zrozumieć:
1. Autorzy raportu opublikowanego w 2010 roku: "Standardy edukacji seksualnej w Europie“(Standards for Sexuality Education in Europe): europejski oddział WHO oraz Federalne Centrum Edukacji Zdrowotnej (BZgA) - Niemcy dzielą ten obszar zdobywania doświadczenia na dwa typy. Typ A - obecny poza Polską tylko w nielicznych krajach - traktuje edukację seksualną jako element przygotowania do życia w rodzinie. Koncentruje się na promocji abstynencji i praktycznie pomija kwestię antykoncepcji. Typ B - zwany "permisywnym" - traktuje człowieka jako osobę mającą prawo do zaspokajania swoich potrzeb seksualnych. Jej zadaniem jest nauczenie młodego człowieka, jak to robić bezpiecznie, bez wchodzenia w kwestie moralności, a raczej traktując ją jako jeden z aspektów tej sfery. Typ B - obecny w większości krajów Europy, zwłaszcza północnej i zachodniej, jest zalecany przez WHO jako najlepszy. Pytanie co zrobić z faktem, że niektóre wskaźniki "bezpieczeństwa" mamy "lepsze" - np. średni wiek inicjacji seksualnej? Czyżby niewiedza chroniła?
2. Co zrobić z zapisanym w konstytucji niezbywalnym prawem rodziców do wychowania dzieci według własnych poglądów? Czy zrezygnować z wszelkich kwestii normatywnych i zająć się czystą fizjologią seksu?
3. Jak sobie poradzić z faktem, że jest to niezbywalne prawo do wychowania według własnych poglądów, ale gdy rodzice zabierają się za jakiekolwiek ruchy w stronę edukowania własnych dzieci, jest już na to za późno. Akurat relacja rodzica z dzieckiem jest (czy powinna być) najbardziej odseksualnianą relacją ze wszystkich. Dzieje się tak głównie poprzez tabu kazirodztwa, które chroni dzieci przed nadużyciami ze strony rodziców. Po zakochiwaniach się (również z komponentem seksualnym) w rodzicach płci przeciwnej w wieku kilku lat, przestajemy uważać naszych rodziców za osoby seksualne. Jednym z największych szoków w życiu jest ten, w którym uświadamiamy sobie, że rodzice TO robią. Drugi jest później, jak uświadamiamy sobie, że nasze dzieci robią TO SAMO. Tabu, chroniąc dzieci przed nadużyciami, czyni jednocześnie rodziców absolutnie niezdolnymi do przekazywania sensownych treści dzieciom starszym niż 11, 12 lat. A rodzice chcący chronić dzieci przed jakimkolwiek wpływem z zewnątrz w tej sferze, upierają się że będą edukować swoje dzieci. Nic z tego nie wychodzi, ale prawo w konstytucji mają. Co z tym zrobimy?
4. Jako profilaktyk, cele edukacji seksualnej, nawet przyjmując za lepszy typ B, przyjmuję następująco: chronić młodzież przed zgubnymi skutkami nieodpowiedzialnego seksu. Seks w takim wymiarze jest traktowany jako zachowanie ryzykowne. W związku z tym, tak rozumiana edukacja seksualna jest w zasadzie profilaktyką drugorzędową - skierowaną do osób podejmujących zachowania ryzykowne. Konstruując programy z tego zakresu, dobrze tworzyć grupy odbiorców o podobnym stopniu podejmowania zachowań ryzykownych - na przykład młodzież, która już się napiła kilka razy. Wówczas przyda jej się wiedza o zgubnych skutkach picia. Jeśli w grupie znajdują się osoby które piją i które tego jeszcze nie robiły, to nie ma takiego sposobu prowadzenia zajęć, by osoby "doświadczone" nie próbowały błyszczeć na tle innych wysyłając sygnał - zobacz - jestem doroślejszy, bo TO robię. Jak więc tworzyć grupy w polskiej edukacji w miarę jednorodne pod względem inicjacji seksualnej czy poziomu zainteresowania tematem?
5. Skąd wziąć odpowiednią liczbę edukatorów seksualnych, którzy będą potrafili poprowadzić zajęcia w taki sposób, by dać szansę uczestnikom dowiedzieć się więcej na nurtujące ich tematy, jednocześnie nie starając się ani narzucać własnego światopoglądu, ani nie powołując się na własne przykłady, zarówno w pozytywnym jak i negatywnym wymiarze?
Ja do końca pomysłu na to wszystko nie mam. A Pani?
