Jak obiecał, tak zrobił. Premier miał dokonać zmian i dokonał, miały dotyczyć ministrów konstytucyjnych i dotyczyły, miało być w środę – i było. Jest słowny, doceniam, ale jednak nie rozumiem zadym wokół nieustającego zapowiadania nieważnych wydarzeń.

REKLAMA

Czy tylko ja mam wrażenie, że żyjemy w kraju marnych informacji, braku wyzwań i tematów? Jeszcze nie opadł kurz bitewny po zwycięskim wyrwaniu Unii 300 miliardów, jeszcze rządząca koalicja nie zdążyła zdyskontować wszystkich znaczeń tego wydarzenia, a już zapowiedziano nowe – igrzyska kadrowe. Kiedy się spełniły (wczoraj po trzynastej, ze standardowym, urągającym powadze, opóźnieniem), pojawiła się zapowiedź nowej gry – głęboka rekonstrukcja letnia. To już wkrótce! Czekajcie, ekscytujcie się! Licytujcie! Maluczko, a doczekamy czasów, gdy premier zapowie zmianę awatara na Twitterze: media na pewno to wychwycą jako znakomity przykład narracji, a ludzkość będzie miała o czym mówić przy telewizorach.

Być może przeskalowuję swoje wymagania wobec rządzących, ale mam przeczucie, że wieczne dawanie zapowiedzi odbije się Donaldowi Tuskowi ciężką czkawką. To już nie jest PR, to anty-PR. Co mnie jednak smuci jeszcze bardziej, to zwyczajowa miałkość zapowiadanych wydarzeń. Odejście ministra Arabskiego, powołanie kogoś w jego miejsce i nawet awans ministra na wicepremiera, to momenty historycznie nadzwyczaj banalne. To nie jest ten kaliber informacyjny, którego oczekiwałbym od premiera jako wyborca i obywatel.

Przez tydzień – prawda, że trochę za sprawą spekulacji mediów i polityków – żyliśmy w jakimś zapyziałym, kadrowym grajdołku, uczestnicząc bądź tylko przyglądając się eskalacji sondaży i bajdurzeniu komentatorów.

Nie wiem, co by się musiało stać, byśmy w takich samych emocjach – inspirowani przez polityków, zachęcani przez media – zaczęli dyskutować o promocji Polski w Europie, a to jeden z najbardziej wstydliwych tematów gospodarczych. Albo o powolnym wymieraniu Polaków i polityce prorodzinnej. Albo o energetyce jądrowej i zagrożeniu blackoutem. Albo o tym, jak przekuć przygraniczny handel z Rosjanami w prawdziwą, głęboko posadowioną wymianę handlową. Albo o budowaniu kolei dużych prędkości. O bezrobociu. O ZUS i KRUS, i funduszach emerytalnych.

To właśnie są zapowiedzi tematów o skali odpowiadającej randze polityków, którzy rządzą Polską. Takie wrzutki medialne chciałbym obserwować, w takich prowokacjach intelektualnych powinniśmy uczestniczyć…

Tymczasem, znów… Kolejny raz pachnie banałem zapowiedź wyjazdu premiera w tzw. teren, by w tuskobusie zbadać czego po funduszach europejskich spodziewają się Polacy i by przyjrzeć się na miejscu planom inwestycyjnym, wbić tu i ówdzie łopatę pod kolejny początek obwodnicy bądź postawić szlaban na zamykanej linii kolejowej.

Po co nam ta zapowiedź? Co wnosi do życia? I jaki walor merytoryczny będzie miała szykowana akcja, skoro średnio rozgarnięty gimnazjalista mógłby zapytać – a od czego premier Tusk ma swoich wojewodów i armię stojących za nimi urzędników? Od czegóż oni, jeśli nie od researchu, analiz, przeglądów i wskazań? Jaki jest sens zapowiadania wydarzenia, którego jakość polityczna okaże się, co z góry można przewidzieć, znikoma? Jedziemy, żeby sobie pogadać? Żeby znów usłyszeć: jak żyć, panie premierze? Tworzyć tę grę pozorów – my udajemy troskę, a oni udają, że In Tusk We Trust?

Mimo woli sam usiłuję znaleźć odpowiedź na podobne pytania. Może rządzący nie są już politykami, pop-politykami ani nawet post-politykami? Jeśli ministra ROZWOJU twardo przyznaje, że nie jest politykiem – i mówi to dzierżąc jednocześnie wszelkie narzędzia decyzyjne określające przyszłość regionów – to kto jest dzisiaj politykiem? Ja? Ciocia Basia z Kołobrzegu? To my, do diabła, mamy określać kierunki, narzucać ton, inspirować, zapowiadać, rzucać wyzwania, promować wizje, wszczynać narodowe debaty o strategiach?

A może my po prostu nie mamy polityków? To by wiele tłumaczyło.