Rasizm na stadionach. Mowa nienawiści w polityce. Napaści na nauczycieli w szkołach. Mobbing w korporacjach. Nękanie w sieci. Napad na wykład prof. Środy. Czemu robimy się coraz bardziej agresywni wobec siebie?

REKLAMA

W latach 60 w Hong - Kongu - w okresie bardzo szybko postępującej "westernizacji" kultury, co roku badano ówczesnych gimnazjalistów testem mierzącym poziom makiawelizmu (skala Mach). Każdy kolejny rocznik miał statystycznie istotne wyższe wyniki od poprzedniego. Co roku, chińsko-brytyjska młodzież robiła się coraz bardziej psychopatyczna. Brzmi znajomo? Proces "psychopacenia" relacji międzyludzkich występuje nie tylko u nas. Wystarczy rzucić okiem na seriale popularne w ciągu ostatnich lat. Ich bohaterami są psychopaci: Dexter, House, Mentalist, House of cards, można by tak wymieniać jeszcze długo. Trwa światowa fascynacja siłą, przekraczaniem norm, wykorzystywaniem innych. Wpływa na to wiele czynników. Na pewno jest nim ekonomizacja wszelkich relacji międzyludzkich, sprzedawanie "samego siebie" w czasie którego uczymy się manipulować samymi sobą pisząc CV, kryzys więzi międzyludzkich a nawet dążenie do rozwoju kreatywności, zawierające w sobie element ciągłe podważania zasad, wychodzenia poza schemat. Bardzo widoczny dla mnie jest swego rodzaju dramat pokolenia młodych dorosłych i aktualnych nastolatków. Prowadzę zajęcia na pierwszych latach psychologii, które opierają się o treningowe metody pracy z ludźmi. Nawet na takim kierunku studiów, 20-letni studenci w sytuacji, w której mają otwarcie dzielić się własnymi odczuciami, reagują olbrzymim lękiem przed agresją ze strony rówieśników. Ich podstawowym celem jest przeżyć bez kolejnych traum, a nie rozwinąć swoje umiejętności bycia w zespole. Płynie to z wcześniejszych doświadczeń - bycie w grupie, w której występuję norma otwartości kojarzy się ze wszystkim co najgorsze. Sama szczerość zresztą, to według nich chamskie komentowanie zachowań innych bez zahamowań w stylu Wojewódzkiego. Podobnie zresztą jest z wyrażaniem emocji. Bardzo długo zabiera mi przebicie się przez przekonanie, że ekspresja emocjonalna to nie jest upublicznianie ocen w stylu "fajne to" albo "niefajne", a mówienie co się czuje: złości mnie to, jest mi miło etc. Ponadto sam wgląd jest bardzo utrudniony, młodzi ludzie mają duże problemy z nazywaniem i rozpoznawaniem własnych emocji. Dużą część opisywanych zjawisk można tłumaczyć objawami stresu pourazowego - brak zaufania do ludzi, kłopoty z ekspresją emocjonalną, ciągłe poczucie zagrożenia. Oczywiście, trudno tu wyrokować o skali epidemiologicznej, ale nie da się ukryć, że młode pokolenie dorosłych to ludzie z piętnem przemocy doświadczanej lub obserwowanej z poczuciem rosnącej bezsilności i zobojętnienia. Doświadczanej w szkołach, domu, ulicy, mediach. Ciekawym jest na przykład fakt, że dla większości nauczycieli, z którymi pracuję, występowanie zjawiska kozła ofiarnego w klasach - osoby, którą grupa poświęca dla własnych celów: odreagowywania napięcia powstałego z niewyrażonych emocji, rywalizacji, strachu - jest w zasadzie czymś całkowicie normalnym, czy wręcz oczywistym. Coraz większa grupa komentatorów - dziennikarzy, blogerów, polityków dostrzega problem zjawisk przemocowych w "swoich działkach": w sporcie, polityce, rodzinie. Ja uważam, że brutalizuje nam się życie "w ogóle". Tymczasem ludzie doświadczeni przez przemoc potrzebują bardzo dużo czasu, by odbudować zaufanie do innych, swoją wiarę w sprawiedliwość świata, czy często w Boga. Mają bardzo duże kłopoty ze zbudowaniem stabilnego związku. Często poszukują zemsty, albo ze swego cierpienia budują "sacrum". Sami zaczynają stosować przemoc w relacjach z innymi. Neutralne lub przychylne do nich nastawienie innych osób interpretują jako zagrażające dla siebie - reagują na nie lękiem lub agresją. Powtarzają zachowania, które doprowadziły ich do przemocy po to, by "tym razem" się nie dać, co zwykle kończy się katastrofą. Mogą zanikać u nich uczucia wyższe. Nie radzą sobie w szkole, fatalnie im idzie w pracy. Zaczynają postrzegać wszystkie relacje międzyludzkie jako grę, w której można być albo sprawcą, albo ofiarą. Nie są w stanie dbać o jakiekolwiek dobro wspólne. Osoby poszkodowane oczywiście w żaden sposób nie są odpowiedzialne za to, co ich spotkało. Wyobraźcie sobie jednak, jak wyglądać będzie społeczeństwo, którego bardzo dużą część stanowić będą osoby doświadczające opisanych przeze mnie objawów. Jak będą wyglądać wybory? Myślicie, że będą głosować na osoby, które obiecują dobrobyt - jeśli się wyborco napracujesz - czy raczej na szeryfa, który będzie mówił, że nikt już nikogo nie uśmierci? Jak będzie wyglądać solidarność międzypokoleniowa, czy w ogóle jakakolwiek solidarność? Wolność będzie się kojarzyć z szansą czy zagrożeniem? Obyśmy nie żyli w ciekawych czasach...