Oglądam dwa kanały informacyjne. Jednej rzeczy reporterom przed Watykanem zazdroszczę i jednej nie zazdroszczę. Tą pierwszą jest pogoda - do Włoch przyszła już wiosna. Tą drugą jest praca. W 2005 stałem przed kamerą z widokiem na Plac Świętego Piotra, relacjonowałem przygotowania do konklawe i wybór Benedykta XVI. Muszę z perspektywy czasu przyznać, że to był w mojej karierze jeden z tych momentów, w których wiedziałem niewiele, a mówić musiałem bardzo dużo.
Czeka nas teraz kilka tygodni niemiłosiernego medialnego ple ple. "Łączymy się z Rzymem" - będziemy słyszeć z dużą regularnością. Na łączeniu zobaczymy zazwyczaj młodego dziennikarza, którego wiedza pochodzi a) z włoskiej prasy (Google Translate bardzo pomógł w tym zawodzie); b) z ulicznych rozmów ("Właściciel restauracji, gdzie lubią jadać kardynałowie mi powiedział"); c) z dostępnych dla wszystkich depesz agencyjnych; d) z przypadkowego spotkania jakiegoś watykanologa przed biurem prasowym Watykanu; e) z przepytania polskich pielgrzymów na ulicy (najgorzej!). Czego w tej wyliczance brakuje? Niegdyś podstawowego w dziennikarstwie punktu, czyli własnych źródeł.
Jeden przykład. Pamiętam, jak w 2005 roku kolejni dziennikarze pukali do tej samej restauracji na ulicy Borgo Pio, bo tam podobno (wszyscy przeczytaliśmy to w tej samej książce) kardynałowie lubili sobie zjeść przed konklawe. Tak naprawdę to nie wiadomo czy lubili, bo niewielu było takich którzy pamiętali poprzednie konklawe. I to zarówno dziennikarzy, jak i kardynałów (w 2005 tylko dwóch brało udział w konklawe z 1978 roku).
Wracając do restauracji, to akurat w 2005 roku kardynałowie nie mieli żadnych prywatnych rozmów w rzymskich restauracjach. Już po konklawe watykanolodzy opisali, że narady odbywały w prywatnych apartamentach i narodowych kolegiach w Watykanie ("To było zapewne jedno z ich większych poświęceń podczas sede vacante - napisał potem ironicznie jeden z watykanologów).
Z zainteresowaniem obejrzałem w czwartkowych faktach materiał Katarzyny Kolendy Zaleskiej. Kasia nagrała w Rzymie polskiego księdza, który pisze doktorat o konklawe. Powiedział do kamery, że w historii sprawdziło się tylko 4% spekulacji, kto zostanie papieżem. Wątpię, by zniechęcił tym do spekulowania. Jest kilka osób, których pracę w tym okresie warto w mediach śledzić. Katarzyna Kolenda Zaleska z Faktów TVN ma duże doświadczenie z pracy w Watykanie i dobre znajomości u polskich kardynałów. Agnieszka Milczarz z Wydarzeń Polsatu była wcześniej korespondentką RMF FM w Rzymie. Kasia i Agnieszka mogą mieć własne źródła. Większość reporterów telewizyjnych ma jednak mniej więcej taką samą wiedzę, jak dobrze zorientowany przechodzień z tabletem w Rzymie, Warszawie albo Paryżu i może jednego dnia relacjonować pożegnanie Benedykta XVI, a drugiego mistrzostwo świata Kamila Stocha (wygodnie, bo tylko kilkaset kilometrów na północ). A nawet dobrze zorientowani polscy reporterzy są zorientowani tak sobie, bo Polska nie jest centrum katolickiego świata. Włoska prasa ma tu oczywistą przewagę. Warto więc włoską prasą czytać i cytować, ale nie warto udawać, że są to informacje własne.
Zanim włączy się watykańskie ple ple, warto też poczytać trochę w internecie w zachodnich mediach. To potem pomaga. Można się dowiedzieć na przykład, że samo konklawe jest bardzo nudne i zupełnie nie polega na dramatycznych wystąpieniach kandydatów, przekazywaniu sobie głosów publicznie i ostrej walki o władzę. - Można popłakać się z nudów - powiedział w wywiadzie 11 lat temu kardynał Franz König z Wiednia.
Kardynał Baltimore opowiedział Johnowi Allenowi, co kardynałowie robili żeby zabić czas podczas konklawe (bardzo krótkiego), które doprowadziło do wyboru Benedykta XVI. - "Jeden kardynał opowiedział mi, że podczas liczenia głosów zmówił trzy tajemnice różańca. Drugi odpowiedział, że zmówił dwie tajemnice. Na to trzeci stwierdził: Cóż, ja odmawiałem modlitwę w większym skupieniu, dlatego odmówiłem jedną tajemnicę".
W poniedziałek pierwsza kongregacja kardynałów. Ostatnim razem było ich trzynaście zanim kardynałowie zamknęli się w Watykanie na konklawe. Może więc to chwilę potrwać. A im dłużej trwa, tym będzie gorzej. W 2005 roku kardynałowie postanowili nie wypowiadać się w mediach. W tym roku, jak widziałem w Faktach, dwóch się wypowiedziało. Zobaczymy jak będzie od poniedziałku. Tym bardziej, że będzie to pierwsze konklawe w czasach mediów społecznościowych. W domu świętej Marty, gdzie zamieszkają kardynałowie jest sieć Wi-Fi. Mają zakaz korzystania z niej, ale przecież wcześniej, przed zamknięciem w murach Watykanu, dostęp do kardynałów będą mieli choćby ich asystenci. Niektórzy zorientowani, co dzieje się na Facebooku i Twitterze.
Wracając do własnych wspomnień, to relacjonowanie samego konklawe przebiega następująco: cały dzień stoi się na zwyżce dla mediów na końcu Via della Conciliazione. Światło lampy w oczy, w tle Bazylika św. Piotra. Kardynałowie głosują dwa razy dziennie. Wejście na żywo na antenę co godzinę. Każde z grubsza o tym samym - kardynałowie zaraz głosują, teraz głosują, już głosowali. Co oznacza biały dom, co oznacza czarny dym, garść ciekawostek o konklawe tym i historycznych, jak będzie czas pokaże. Naprawdę ciekawie robi się, gdy papieża wybiorą. Najpierw dym (który ogląda się na małym monitorze telewizyjnym, bo z tej odległości nie widać, jaki ma kolor). Potem biją dzwony Bazyliki. I wtedy w 2005 roku (teraz będzie pewnie podobnie) miało się wrażenie, jakby pół Rzymu ruszyło na Plac św. Piotra. Obok stanowisk dziennikarskich biegły tysiące osób. Wtedy naprawdę ma się wrażenie uczestnictwa w momencie historycznym. Miałem wielką ochotę rzucić ten mikrofon i ruszyć biegiem na Plac, by na własne oczy zobaczyć moment prezentacji biskupa Rzymu.
Niestety musiałem stać i bez przerwy gadać. I jak większość dziennikarzy telewizyjnych i prawie wszyscy mieszkańcy planety zobaczyłem ten moment w telewizji.
