Wczoraj wieczorem dowiedziałem się, że najlepszą aktorką w Polsce jest Katarzyna Zielińska. Kobieta której kompletnie nie znam, choć interesuję się polskim kinem. „Telekamery” to dla mnie zresztą plebiscyt wyjątkowy. Taki, gdzie dzieją się cuda. Tylko tam ktoś, kto nigdy nie komentował zawodów sportowych może zostać trzy razy pod rząd uznany lepszym sprawozdawcą od Mateusza Borka. Rozumiem, że głosują czytelnicy „Tele Tygodnia”, czyli głównie gospodynie domowe. Nie rozumiem tylko, dlaczego, taki pseudoplebiscyt jest traktowany poważnie. A czasami mam wrażenie, że wręcz prestiżowo.
Dla osób zajmujących się sportem to plebiscyt szczególny. Pokazuje, że wcale nie trzeba zajmować się tym, za co jest się nominowanym. Wiecie, kogo w ostatnich latach lud rok w rok wybierał najlepszym komentatorem telewizyjnym? Macieja Kurzajewskiego. Czy pan Maciej, pracując w publicznej, komentował jakieś zawody? Jakoś nie mogę sobie tego faktu przypomnieć. Pamiętam, że często rozmawia z gośćmi w studio. Że z reguły to on stoi przy Wielkiej Krokwi, gdy w Zakopanem rywalizują najlepsi skoczkowie świata. Albo – że robi wywiady z lekkoatletami zaraz po ich występie na ważnej imprezie, jeszcze na stadionie czy hali. Prowadzi jeszcze taki program, nawet nie pamiętam jego nazwy, gdzie startują dwie drużyny pełne celebrytów, ktoś tam macha kołem, a wszyscy przez ponad godzinę się wygłupiają.
Dobrze, że wygrał Babiarz. Szkoda, że przypadkiem
A, wyniki. Maciej Kurzajewski tym razem nie wygrał. W latach 2009-2011 statuetkę zgarniał trzy razy z rzędu, co podobno powoduje, że należy mu się Złota Telekamera i nie jest już dalej nominowany. Borek był trzeci, drugi – Tomasz Zimoch, a wygrał – Przemysław Babiarz. To dobry wybór, naprawdę. Tylko szkoda, że tak przypadkowy.
- Niektóre tak, ale pozostałe jestem w stanie mniej więcej określić.
- Dwieście metrów motylkiem mężczyzn?
- Wydaje mi się, że to jest 1:51:51. I to jest Michael Phelps. I to jest wynik, który on popłynął w superszybkim kostiumie na mistrzostwach świata w Rzymie w 2009 roku.
Bo wybór komentatora to pikuś. Chwilę później dowiedziałem się, że najlepszą polską aktorką została wybrana Katarzyna Zielińska. Kto? Zaraz, może to pomyłka, może źle przeczytałem. Nie słyszałem o niej, naprawdę. Dopiero jak zobaczyłem zdjęcie, skojarzyłem, że w trakcie Euro 2012 na dachu budynku Wedla dzieliła się swoimi jakże ciekawymi przemyśleniami o polskiej reprezentacji. Ale nie miałem pojęcia, że jest w ogóle aktorką, mimo że polskim kinem trochę się interesuję. Coś ze mną nie tak?
- A kto był nominowany?
Sprawdzam, wymieniam.
- Pewnie, że Tomasza Zimocha. On tak świetnie buduje emocje. Albo Babiarza, bo jest sympatyczny.
- Czemu nie Mateusz Borek?
- A kto to jest Mateusz Borek? Nie znam.
- Oczywiście. Aktorką.
- Skąd ją kojarzysz?
- Z „Tańca z gwiazdami”.
Wydawać, by się mogło, że kategoria „najlepsza aktorka” do czegoś zobowiązuje. Wybranie Zielińskiej to dla mnie tak, jakby za najlepszego tenisistę roku uznać gościa, który w turniejach wielkoszlemowych nie przechodził kwalifikacji, za to wygrywał challengery gdzieś na Sri Lance czy Madagaskarze. Bo spójrzmy na dokonania filmowe pani Zielińskiej. Wchodzę na Filmweb (średnia ocena – 5,5, hmmm…) i widzę je tak:
- „Ryś” – Krysia, piosenkarka na wiecu
- „Mój Nikifor” – dziennikarka na wystawie Nikifora w Zachęcie
