Jeśli dla kogoś jedyną dopuszczalną i skueczną formą konfrontacji jest konfrontacja fizyczna to zaczynam podejrzewać, że ten ktoś wcale nie wierzy w głoszone przez siebie wartości tak mocno jak mówi.
Wywiad z Wojciechem Cejrowskim w "Do Rzeczy" przyniósł to, co zawsze przynoszą wywiady z narodowymi i/ lub katolickimi radykałami - od jakiegoś czasu najgłośnieszą kategorią obywateli - kolejne nawoływanie do fizycznej konfrontacji ze wszystkimi myślącymi inaczej.
Po co Cejrowskiemu szable? Czemu bijatyk na ulicach nie zastąpić ideologicznym sporem, wszędzie w cywilizowanym świecie uznawanym za najlepszą metodę ustalania uniwersalnych norm, na przykład prawnych? Logiczna odpowiedź może być tylko jedna: bo sam Cejrowski i ludzie podzielający jego poglądy nie wierzą, że mają argumenty, pozwalające uczciwie wygrać taki spór.
Dla mnie sprawa jest prosta: wierzę w to, co wierzę właśnie dlatego, że uważam swoje zasady, swoje wartości, swoje ideały za najlepsze. To logiczne, bo inaczej musiałabym przestać w nie wierzyć i zacząć wierzyć w coś innego. I dlatego właśnie kocham spory i debay: bo uważam, że moje ideały przetrwają zderzenie z każdym innym sposobem myślenia. Więcej, wierzę, że niektórych ludzi jestem w stanie do swojego sposobu myślenia o różnych sprawach przekonać, z pożytkiem dla nich samych.
Jednak gdybym w to nie wierzyła, gdybym sądziła, że to co mówię nie ma większego sensu, jedyną metodą "przekonania" innych do zmiany zachowań byłoby zmuszenie ich do tego. Każdym, nawet niegodnym środkiem, z konfrontacją fizyczną, czyli pospolitą przemocą włącznie.
Tak, teraz rozumiem, że z punktu widzenia Cejrowskiego i całej rzeszy podobnie do niego myślących ludzi to ma sens: po co tracić czas na debatę, której z braku argumentów na pewno się nie wygra, skoro można ludzi zmusić do robienia, co im każdemy. Zwłaszcza, że wiara we własne możliwości perswazyjne, a i ideały (pokazują to liczne skandale obyczajowe na prawicy i w kościele katolickim) też mizerna.
