Większość z mijającego tygodnia moje dziecko spędziło w szkole rysując kwiatki i bawiąc się. Przez trzy dni jakakolwiek nauka była surowo wzbroniona – rekolekcje!
Na czas trwania rekolekcji nauka jest odwołana – wiadome to wszystkim i przyjęte z entuzjazmem przez dziatwę. Każdy ten czas wolny spędza wedle swego uznania i sumienia. Jedni idą na zajęcia przygotowane przez księży i katechetów, inni czytają książki, jeszcze inni piją wino z koleżankami w parku. Wolność sumienia - święta rzecz! Ale co powiedzieć mają maluchy, dzieci klas początkowych, którym jest trudniej oddać się wielogodzinnym kontemplacjom, czytać jeszcze nie umieją (albo czytają słabo), a nie znają jeszcze rozkoszy, jakie mogą płynąć ze spożywania alkoholu w parku w towarzystwie mieszanym?
Gdy odprowadziłem moją siedmioletnią córeczkę do szkoły przekonałem się, że w klasie jest sporo dzieci, bo nie wszystkie uczestniczą w rekolekcjach, a zresztą rekolekcje nie trwają tak samo długo, jak lekcje w zwykłe dni. W klasie siedzą więc dzieci, i pod opieką nauczycielki rysują kwiatki, królewny bądź zwierzątka, lub też bawią się w „chodzi lisek koło drogi”. Zapytałem nauczycielkę – bardzo miłą, inteligentną i zaangażowaną – czy by nie można wykorzystać tego czasu jakkolwiek pożyteczniej. W końcu podczas każdej wywiadówki dowiadujemy się, że program nauczania jest obszerny, czasu mało, etc. Nauczycielka wyznała, że już kiedyś próbowała spożytkować te trzy rekolekcyjne dni na choćby powtarzanie przerobionego już materiału, jednak - jak to sama określiła, spotkały ją przykre konsekwencje. Wiadomo, rekolekcje to czas poświęcony na nabożne skupienie i odrywanie od nich dzieci siedmioletnich jest zbrodnią w kategoriach moralnych, a wykroczeniem w kategoriach służbowych.
Gdyby księża mieli dzieci, to z pewnością przekonaliby się, że utrzymanie skupienia małego dziecka przez czas dłuższy niż jedna godzina graniczy z cudem. Trzeba być wyjątkowo wyalienowanym mistykiem by wierzyć, że siedmioletni malec będzie kontemplował Drogę Krzyżową przez cały dzień – ba, przez trzy dni! Dlaczegóż więc dekretować marnotrawstwo czasu i skazywać dzieci na nudę w imię unikania „konkurencji” w postaci zajęć lekcyjnych? Zaręczam jako ojciec trojga dzieci, że każdego dnia dziecko znajduje czas na tak wiele zajęć, ile tylko sił starczy rodzicom na ich przeprowadzenie, dowiezienie, zorganizowanie. A zresztą o jakiej konkurencji mowa – już widzę te cierpienie uczniów rozdartych pomiędzy pokusę nabożnego skupienia lub jakże słodkiemu naturze młodzieńczej wysiłkowi intelektualnemu. Całe to przerywanie nauki na trzy dni uczy dzieci, że religia pozwala bawić się wesoło i nie uczyć się. Młodzież starsza nabywa jeszcze jedno doświadczenie obłudy dorosłych – wszak nikt nie wierzy, że przez trzy dni będą się wyłącznie modlić i rozmyślać, ale każdy udaje, że powinni...
Jako rodzic sprzeciwiam się bezmyślnemu marnotrawieniu czasu spędzanemu przez moje dzieci w szkole. Jako podatnik protestuję przeciwko marnotrawieniu środków przeznaczanych na szkołę, i opłacanemu przecież czasu nauczycieli. Jako katolik wreszcie oburzam się tak bezsensownym, pozbawionym rozumienia dziecięcej natury, i niezdarnym wobec niewierzących działaniom administracyjnym. Zachłystujący się w latach 90. możliwościami wpływania na politykę biskupi dbali, by nakazy sumienia zamieniać w akty ustawodawcze. Klinicznie pozbawieni odwagi cywilnej politycy ulegali temu bez protestu. Umęczeni obywatele przyjmowali to z narastającym zobojętnieniem, a dzieci powitały trzy dni laby z radością. Po co więc bić pianę?
Sukces wyborczy Palikota pokazał, że Polska nie jest już maryjno-partyjna, jak pisał niegdyś Redliński, a powtarzał z upodobaniem Urban. Troszkę jesteśmy nowocześniejsi, bardziej otwarci na świat, skłonni do dyskutowania zagadnień – zdawałoby się – oczywistych. Czy nadal więc warto utrzymywać bezmyślne przepisy o wybitnie obłudnej genezie? Czy nam, katolikom zależy, żeby przywoływać uzasadnione niestety i nazbyt liczne skojarzenia sytuacji, gdy kościół przeciwstawiał się nauce? Po jaką cholerę uczyć dzieci, że religia - zamiast motywacją do działania – jest pretekstem do próżniactwa.
Sam się na koniec zastanowiłem, czy nie nakręcam się niepotrzebnie. Czy nie demonizuje drobnego i pozbawionego większych konsekwencji zarządzenia, które zakazuje nauki w szkole jedynie przez trzy dni. By to ocenić warto rozważyć taką hipotetyczną sytuację, w której osoby niewierzące domagają zakazu modlitwy w kościołach – tylko przez trzy dni...
