
Muzyką zajmuje się od każdej możliwej strony. Didżejuje, produkuje, remiksuje, organizuje, udźwiękawia filmy, prowadzi audycję radiową. Od tańczenia woli jednak obserwowanie. Teraz obserwuje już trzecie pokolenie didżejów, ale większość z nich pozostaje za nim daleko w tyle. Nie tylko pod względem wzrostu.
REKLAMA
Igor Fleiszer ma ponad dwa metry. W Tokio, gdzie jako Last Robots – pierwszy zespół producentów muzyki elektronicznej z Polski – zagrali pięć imprez na zaproszenie Instytutu Polski przy Ambasadzie w Tokyo, budził prawdziwą sensację. Dwumetrowy blondyn za dekami wraz se swoim kolegą z kolektywu, Dj Bertem, zrobili na Japończykach takie wrażenie, że śpiewali puszczany im przez nich numer Kultu. – Wprawdzie tylko jeden fragment: ojojojojoj, więc prawie w ich własnym języku – śmieje się Igor – ale wrażenie i tak było niezwykłe – wspomina. W swojej trwającej już około dekady karierze didżejskiej Igor zjeździł już całą Polskę i spory kawałek świata. Występował na wszystkich największych festiwalach muzycznych w tym kraju, na Coke'u z Last Robots zagrali nawet dla 40 tysięcy ludzi jako support The Prodigy, oficjalnie wybrany przez management zespołu. – Jeszcze 20 lat i napiszę książkę – deklaruje Igor.

Zobacz pełną galerię (3)
Historie, które sam przeżył i te opowiedziane przez muzyków, których poznał, zdecydowanie zasługują na spisanie. Jak choćby wtedy, gdy pojechał autobusem na Ukrainę zagrać na tamtejszym festiwalu. – U nas to by się właściwie nazywało impreza plenerowa, nie festiwal. 300 osób, scena na rusztowaniu, na które wchodziło się po drabinie i taka ulewa, że gdy taksówka, którą dotarłem na teren imprezy, wjechała w kałużę, zanurzyła się w niej do połowy. Na backstage'u wódka i chleb, płacili dolarami – wspomina Igor.

Zobacz pełną galerię (3)
Pomysł na życie didżeja pojawił się podczas wakacji w Stanach. Chodził na imprezy i obserwował. Po roku wrócił do Ameryki po gramofony. Ale w międzyczasie musiał rzucić prace w korporacji w Polsce (z wykształcenia jest specem od PR-u). – Tego samego dnia, w którym chciałem się zwolnić, zaproponowali mi etat. Nie wiedziałem, co robić, mama poradziła mi, żebym jechał. „Na pracę będziesz miał całe życie”, powiedziała. Więc pojechałem – opowiada Igor. Zatrudnił się w sklepie muzycznym i zarobił na swoje pierwsze gramofony. Wrócił do Polski i przez rok szkolił warsztat grając sam dla siebie. Jeszcze dwa razy podejmował i rzucał pracę w tej samej korporacji. W końcu wybrał muzykę. Decyzję ułatwiło mu zajęcie drugiego miejsca w konkursie didżejskim Pierwsze Koty, organizowanym w Piekarni przez Dj Berta, z którym do dziś gra jako duet Last Robots.

Zobacz pełną galerię (3)
Stylistka Justyna Suwala komentuje
Igor Fleiszer, muzyk, zestawił jeansy Levi’s® 501® z rozpiętą flanelową koszulą w kratę Levi’s®, t-shirtem z nadrukiem zespołu Nirvana i butami Nike. niestandardowy stalowo szary / stalowo niebieski kolor spodni świetnie gra z zielenią flaneli. Stylizacja ma grunge'owy charakter, kojarzony z prostym, nonszalanckim stylem.
Przez te lata wiązał się z muzyką coraz bardziej. Oprócz grania i organizowania imprez zaczął także sprowadzać zagranicznych artystów. – Bookowanie to spełnianie własnych marzeń. Ściąganie artystów, których się podziwia, których zawsze chciało się zobaczyć – opowiada. Igor prowadzi też własną audycję w piątkowe wieczory na antenie Roxy FM. „Last Robots Alive” to charakterystyczna mieszanka dźwięków z pogranicza disco, house i elektro. – Czerpię ogromną satysfakcję z muzycznego edukowania ludzi, czyli czegoś, czego nie robią w najmniejszym stopniu stacje mainstreamowe. To fantastyczne uczucie, gdy dzwonią albo piszą słuchacze z miejsc, o których nawet nie słyszałem. Fajnie wiedzieć, że ludzie dzięki mnie poznali coś ciekawego – opowiada.

Zobacz pełną galerię (3)
Ale to nie wszystko, iRobot (bo tak brzmi jego alias, gdy nie występuje w duecie z Bertem) zajmuje się także produkowaniem: – Gdy tyle się z muzyką obcuje, to zupełnie naturalne, że rola didżeja przestaje wystarczać i w końcu przeradza się w rolę producenta – tłumaczy. Współtworzył remiksy m.in. dla Noviki, zespołu Kamp czy – ostatnio – dla zespołu Hurts. Oficjalny remiks dla Brytyjczyków zrobił na zlecenie ich wytwórni razem z Tomkiem Rawskim z Beats Friendly. – Remiksy to duże wyzwanie, zwłaszcza w przypadku znanych utworów, do których ludzie są przyzwyczajeni – opowiada.
Zapytany, czym właściwie jest remiks, Igor odpowiada: – To moja wersja cudzego utworu, złożona od nowa z elementów, z których oryginalnie powstał. Dostaję poszczególne ścieżki i wybieram, na czym zbuduję nową wersję. Ja najczęściej opieram się na wokalach, pewnie dlatego, że nie umiem śpiewać, a bardzo chciałbym – śmieje się Igor. – Trochę sampluję, dogrywam perkusję, gitarę basową, składam z tych klocków utwór od nowa i nadaję mu charakter klubowy. Czasem wystarczy kilka godzin, czasem to trwa dużo dłużej – opowiada. Ostatnio, w ramach nowego projektu No Drama, przygotował remiks dla młodego polskiego zespołu Fair Weather Friends. Igor zajmuje się też udźwiękawianiem filmów i reklam: – To duże wyzwanie, działanie na wyobraźnię widza, łączenie dźwięku i obrazu tak, żeby wywoływać określone emocje – komentuje. W jego życiu emocji nie brakuje: – Co weekend myślę sobie, że mam fantastyczną pracę – deklaruje. Ale bycie didżejem wymaga cierpliwości. I pokory. Igor obserwuje już trzecie pokolenie didżejów i nie do końca podoba mu się to, co widzi.
Czytaj też: Interpretacje: Tomasz Machała
– Nie podoba mi się kierunek, w którym to wszystko idzie. Mam wrażenie, że większości młodych didżejów chodzi głownie o hype, o to, żeby się pokazać, żeby znajomi zobaczyli. Nie ważna jest technika, umiejętności, wystarczy kupić kontroler, ściągnąć muzykę i po godzinie jest się didżejem. Dawniej płyty trzeba było zamawiać z zagranicy. Jak zamówiłem większą ilość naraz, przychodziło wezwanie do urzędu celnego. Trzeba było odstać swoje w kolejce i przekonywać, że to nie na handel, że ja z tego chcę grać – wspomina. – Teraz szacunek do muzyki jest dużo mniejszy. Fach didżejski zanika. Nie chodzi już o budowanie setu, tylko o puszczanie hitów – mówi. Jako ambasador marki Pioneer DJ bierze udział w pokazach sprzętu didżejskiego, podczas których testuje jego możliwości, wykorzystując własne. Na takie pokazy przychodzi sporo młodych, początkujących didżejów, jest więc nadzieja, że nie wszyscy idą na łatwiznę.
– Nie podoba mi się kierunek, w którym to wszystko idzie. Mam wrażenie, że większości młodych didżejów chodzi głownie o hype, o to, żeby się pokazać, żeby znajomi zobaczyli. Nie ważna jest technika, umiejętności, wystarczy kupić kontroler, ściągnąć muzykę i po godzinie jest się didżejem. Dawniej płyty trzeba było zamawiać z zagranicy. Jak zamówiłem większą ilość naraz, przychodziło wezwanie do urzędu celnego. Trzeba było odstać swoje w kolejce i przekonywać, że to nie na handel, że ja z tego chcę grać – wspomina. – Teraz szacunek do muzyki jest dużo mniejszy. Fach didżejski zanika. Nie chodzi już o budowanie setu, tylko o puszczanie hitów – mówi. Jako ambasador marki Pioneer DJ bierze udział w pokazach sprzętu didżejskiego, podczas których testuje jego możliwości, wykorzystując własne. Na takie pokazy przychodzi sporo młodych, początkujących didżejów, jest więc nadzieja, że nie wszyscy idą na łatwiznę.

Zobacz pełną galerię (3)
Muzyki słucha wszędzie, w samochodzie, na zakupach, nawet w samolocie od razu zakłada słuchawki. Jak więc odpoczywam od muzyki? – Słuchając innej muzyki. Innej niż klubowa. Bo muzyka, taka czy inna, towarzyszy mu bez przerwy. Nie ma miejsca na ciszę.
MIEJSCE SESJI: studio nagrań Last Robots
FOTO: Mateusz Gajda
STYLIZACJA I MAKIJAŻ: Justyna Suwala
PRODUKCJA: Zuzanna Partyka
FOTO: Mateusz Gajda
STYLIZACJA I MAKIJAŻ: Justyna Suwala
PRODUKCJA: Zuzanna Partyka
Igor Fleiszer ma na sobie: jeansy Levi’s® 501®, flanelową koszulą w kratę Levi’s®, t-shirt: z nadrukiem zespołu Nirvana, buty: Nike
