To jest piosenka na ten moment, kiedy coś, co miało być gwoździem programu, okazuje się już tylko gwoździem do trumny. I kiedy nic nie chce być takie, jakie być powinno.

REKLAMA
To jest ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że przeżywasz najbardziej kolorowe chwile swojego życia, a wszystko ani na moment nie chce być nawet nie czarno-białe i jest już tylko nieznośnie szare. Że przeżywasz dwa lata niekończących się wakacji, które dzieją się gdzieś obok, gdzieś wbrew, gdzieś pomimo i całkiem zamiast. Że to wszystko wygląda prawie jak raj, ale każdy moment jest nieludzko rozciągniętym w nieskończoność piekłem. Że to, co mogło być beztroską sielanką z minuty na minuty staje się coraz bardziej bolesnym torem niemożliwych do przeskoczenia przeszkód, a za każdą z nich czeka głęboki rów z koszmarnie lodowatą wodą.
To jest ten moment, w którym uświadamiasz sobie, że robisz dokładnie to i dokładnie tak, jak zawsze chciałeś, ale kompletnie nic nie chce z tego wyniknąć. Że spełniają się wszystkie twoje marzenia, ale ani trochę cię to nie bawi, tak jakby spełniały się marzenia kogoś zupełnie innego, w których nigdy nie chciałeś się znaleźć i nigdy nie chciałeś ich przeżywać. Że wyśnione życie nagle stało się jakimś suchym, zimnym koszmarem, z którego za nic nie możesz się obudzić, choć cały czas pukasz w szybę i krzyczysz, że już dość, że już starczy, że już za bardzo boli i że więcej nie jesteś już w stanie wytrzymać i żeby cię wreszcie wypuścić.
To jest moment, w którym uświadamiasz sobie, że przejechałeś pół świata, widziałeś miejsca, które zawsze chciałeś zobaczyć, ale równie dobrze mogłeś cały ten czas spędzić w jakiejś wilgotnej norze, wydrapanej paznokciami w zamarzniętej, martwej ziemi, zawinięty w tłuste, podarte szmaty, oglądając tylko brudną ścianę, na której odznaczasz kolejne dni. Byłeś tam, ale jakbyś zupełnie nie był, jakbyś oglądał to wszystko na jakimś niewyraźnym filmie, na pękniętym ekranie całkiem już niemodnego telefonu, jakby to wszystko przydarzyło się komuś innemu, kto na dodatek zupełnie nie umie o tym opowiadać, jakby to wszystko działo się w cudzym śnie, który rano daje się odtworzyć już tylko częściowo, ze skrawków, strzępków, okruchów, zmywanych z twarzy pierwszym, otrzeźwiającym chlapnięciem zimnej wody, jakbyś wcale nie siedział na wygodnym i bezpiecznym tylnym siedzeniu, z którego widać najlepiej i najmocniej, ale raczej drżał ze strachu i nieznośnej niepewności, zamknięty w bagażniku, wrzucony tam brutalnie, ze związanymi za plecami rękami, drętwiejącymi coraz bardziej przy każdym ruchu, z ustami zatkanymi śmierdzącym benzyną i niemocą kneblem ze starej szmaty.
To jest ten moment, w którym dociera do ciebie, że zaraz zaczyna się lato, które będzie najbardziej porywającym latem twojego życia, ale wiesz już dziś, że nie będzie w nim ani jednego słonecznego dnia, ani jednej beztroskiej, dobrej chwili, ani jednego momentu, którego chciałbyś sam sobie zazdrościć, który chciałbyś pamiętać, za którym chciałbyś tęsknić wtedy, kiedy w twoim życiu całkiem skończy się limit takich właśnie momentów. Że nie będzie w nim ani sekundy, która przyniesie ci choć trochę radości, ukojenia, albo przynajmniej zapomnienia. Że znów będziesz oglądał to wszystko, co będzie się działo przed twoimi oczami tak, jakbyś nasypał sobie do nich soli, nalał octu albo wyrwał je sobie z bólu własnymi palcami. Że znów będziesz to wszystko przeżywał tak, jakbyś w ogóle nie był w środku, ale jakbyś siedział na śmiertelnie nudnym przedstawieniu, granym w jakimś kompletnie obcym ci języku, przez kompletnie obcych ci autorów, z okładek pism, do których nigdy nie zaglądałeś i z seriali, których nigdy nawet nie próbowałeś oglądać, w przedstawieniu, które nie chce się skończyć, a gdyby nawet się skończyło, doskonale wiesz, że wszyscy zaraz wyjdą i w foyer nie zostanie nikt, z kim można by o tym wszystkim porozmawiać. Na przedstawieniu, które miało być o tobie, ale jest o jakieś innej, bardzo źle napisanej postaci, która nie dość, że tak jak ty, pozbawiona jest właściwości, wdzięku, klasy i sensu, ale na dodatek jest ci zupełnie obca i odległa. Na przedstawieniu, które ma bardzo złą konstrukcję, którego bohaterowie są śmiertelnie zmęczeni, albo wręcz po prostu w ogóle nie żyją. Na przedstawieniu, które kompletnie się nie klei i nie składa w jakąś, choć trochę spójną i sensowną, całość. I wiesz, że będzie trwało dalej, nawet kiedy kurtyna już dawno opadnie ze wstrętem.

A ta piosenka? Trafiłem na nią trochę przez przypadek, trochę przez zawodowe obowiązki, a trochę chyba przez premedytację losu, który mi ją podsunął. To całkiem młody brytyjski muzyk, który właśnie próbuje zdobyć szerszą popularność i zaczyna występować na branżowych, promocyjnych festiwalach. Nie wiem, czy mu się uda, ale wiem jedno - że bardzo mocno trafiły do mnie właśnie w tym momencie słowa o tym, że dla niewidomego nic nie znaczy to, że coś jest srebrne, albo nawet złote. I ta bolesna świadomość, że nawet nie próbuję uczyć się wyostrzać inne zmysły i ciągle będę wpadał na wszystkie przeszkody, które staną mi na drodze.