Powiedzmy sobie wyraźnie – w Polsce wspieranie przedsiębiorczości „jakoś nam nie wychodzi”. Mimo stworzenia dziesiątków tysięcy miejsc pracy w urzędach centralnych i w samorządach lokalnych (inna rzecz, czy to dobrze czy źle), mimo tego, że w ostatnim roku wyemigrowało sto tysięcy młodych ludzi bezrobocie systematycznie nam rośnie. Nie potrafimy zadbać o tworzenie miejsc pracy. Polskie programy przedsiębiorczości, mimo ogromnych pieniędzy – tak na samą realizację, jak i na PR wokół nich nie przynoszą widocznych efektów – i nie ma żadnych porządnych badań rządowych by stwierdzić, jak to z nimi jest... Jaka jest ich realna efektywność? Co działa? Co nie? Czy samorządy lokalne i regionalne mogą, tak naprawdę, coś w tej kwestii zrobić?

REKLAMA

Czy rzeczywiście działalność samorządów musi ograniczać się do dbałości o infrastrukturę komunikacyjną i do wzajemnego podbierania sobie co prężniejszych firm ulgami podatkowymi? I czy naprawdę powodem do dumy ma być to, że „u nas nie trzeba ludziom wiele płacić”? (Paradoksalnie, obserwacja rzeczywistości wskazuje dokładnie odwrotną zależność – to w bogatych miastach i regionach kwitnie przedsiębiorczość, bo i jest łatwiej znaleźć klienta…) Czy naprawdę nie można rozbudzić przedsiębiorczości, czy naprawdę możemy być jedynie tanią siłą roboczą, w cudzych montowniach samochodów, lodówek czy rosnących ostatnio call center. Oczywiście, dobrze, jeśli zjawi się Inwestor i zbuduje fabrykę.. Ale nie na tym polega rozwój przedsiębiorczości. Rozwój przedsiębiorczości to wspieranie powstawania i rozwoju lokalnych firm. Co ważne, w przeciwieństwie do strategii „przyciągania inwestorów”, gdzie wysiłki różnych miast znoszą się nawzajem, jest tworzenie lokalnych miejsc pracy dałoby to efekt synergicznego nakręcania koniunktury... Podchodzi się w Polsce do tej kwestii z zadziwiającą nieporadnością... Jakiś czas temu Profesjonalny Magazyn wynagrodził samorząd jednego z miast zaszczytnym tytułem – „Dobrego dla Biznesu” (no, trochę inaczej, ale nie chodzi tu o pokazywanie palcem. Problem jest ogólny. Prezydent tegoż miasta mówi dziennikarzom - coś w tym stylu: „Tworzymy fantastyczne warunki rozwoju przedsiębiorczości. Mamy Specjalną Strefę Ekonomiczną. Budujemy drogi, mosty, i lotnisko też mamy w planie. {dalej czytamy} ”kapituła konkursu uhonorowała władze miasta, , wskazując że: (tym razem dokładny cytat) „chodzi przede wszystkim o niskie koszty pracy”. Pytanie – czy tak być musi? Czy samorządy są coś w tej kwestii zrobić, bo albo ludzie są przedsiębiorczy, albo nie, a na ZUS czy skarbówkę to samorząd przecież nic nie poradzi… Czy może sama natura zagadnienia jest „mało mierzalna” i nie sposób wykazać, że jakaś koncepcja działa? A jednak, jest nadzieja.. Istnieje metodologia, wypracowana w Australii przez dr. Ernesto Sirolli, a święcąca tryumfy w Ameryce Północnej i wchodząca do Europy, która w sposób skuteczny i efektywny ekonomicznie umożliwia wyzwalanie potencjału przedsiębiorczego obywateli małych miasteczek.. Dr Sirolli pisze: „/../w dziesięciotysięcznej społeczności, pomiędzy 150 a 200 osób przyjedzie rozmawiać z lokalnym pomocnikiem. Spośród nich pomiędzy 25 a 35 osób założy własną firmę, lub rozwinie istniejąca. Zostanie utworzonych 25 do 60 nowych miejsc pracy, dających łączne obroty pomiędzy 5 a 10 milionów dolarów”. Według danych prezentowanych przez Instytut Sirolli’ego: • Po pięciu latach od utworzenia przeżywalność firm wynosi więcej niż 80% • Średni koszt utworzenia jednego miejsca pracy to.. 3,000 dolarów • Średni koszt realizacji programu w pierwszym roku to 75,000 dolarów. Na stronie internetowej znaleźć możemy wymienione z nazwy hrabstwa wraz z liczbą stworzonych i uratowanych miejsc pracy – jest to coś, co chciało by się wiedzieć na stronach programów unijnych, których tak wiele jest w Polsce realizowanych.

Początki Fundamentem filozofii podejścia Sirolli’ego stały się jego doświadczenia z pracy w Afryce dla jednego z włoskich NGO’s. Jak opowiada on sam z wielką dozą autoironii, „pojechali tam pełni dobrej woli ale i poczucia wyższości białej rasy”, by „uratować biednych tubylców przed śmiercią głodową”. Nad piękną rzeką Zambezi założyli poletko pomidorów i innych warzyw, z najlepszą chęcią podzielenia się dorobkiem włoskiego rolnictwa.. Tubylcy niezbyt garnęli się do pracy przy tym, ale czasem udało się ich zwabić dobrą płacą.. Ale gdy pomidory już były piękne, dojrzałe i soczyste, z rzeki wyszło stado hipopotamów… i wszystko zeżrały… Gdy z wyrzutem zwrócono się do tubylców „dlaczego nas nie ostrzegliście” – padła prosta odpowiedź „nigdy nas o zdanie nie pytaliście”. Jak mówi Ernesto „przyjeżdżamy do Afryki, do Azji – czy do gmin z gotowymi odpowiedziami i receptami na rozwój”. Stąd był już tylko krok do przekonania, że kluczem efektywnego wspierania rozwoju jest wsłuchanie się w pasje, wizje i marzenia lokalnych mieszkańców społeczności, którym się chce pomagać.

Jak to działa? Po pierwsze - pasja. Najlepsze produktu, firmy rozwiązania wychodzą spod rąk pasjonatów. Pochodzą od ludzi, którzy „czymś” żyją – organizowaniem imprez, robieniem fantastycznych wędlin, fryzjerstwem, murarstwem czy informatyką. Istotą programu wspierania przedsiębiorczości jest dotrzeć do ludzi, którzy mają jakąś pasję i pomóc im zmienić tę pasje w działający biznes. Po drugie – pokora. Wielki nacisk kładzie się, na to, by to przedsiębiorca czuł się podmiotem relacji – lokalny Facilitator - Asystent-Doradca Przedsiębiorcy stara się być akuszerem procesu, nie narzucając swojego zdania, swoich wizji, swoich rozwiązań. Dlatego też Asystenci nie mają biur – spotykają się z klientami w ich firmach, kawiarniach, czy pubach. Sprzyja to nieformalnej, a przede wszystkim niedominującej relacji pomiędzy przedsiębiorcą i jego doradcą. (Uboczny efekt tego systemu to niższy koszt działania..) Po trzecie – zespół. Wbrew temu, co można by sądzić z rozmaitych artykułów-laurek, dobre firmy nigdy nie są budowane przez bogom-podobne jednostki. Ernesto prześledził początki dwudziestu najbardziej znaczących firm – i żadna z nich nie została stworzona przez pojedynczego przedsiębiorcę. Wczytując się we wspomnienia o początkach drogi biznesowej człowieka którego można by chyba uznać za ikonę indywidualizmu - twórcę firmy Virgin, Richarda Bronsona szukał on słowa „ja” i „my”. I cóż? Na pierwszych dwóch stronach słowo „my” pojawiła dwadzieścia razy, a „ja” – wcale. Nikt, ale to nikt nie uruchomił znaczącej firmy samotnie. Podstawą budowy zespołu jest koncepcja „Trójcy Zarządzania”.

„Trójca Zarządzania”. Dla skutecznego uruchomienia firmy potrzebne są trzy istotnie różne funkcje –związane z tym umiejętności, profilem osobowości i sposób działania. Te trzy funkcje to: • produkt • marketing • finanse

Po pierwsze potrzebny jest ktoś, kto będzie entuzjastą, pasjonatem swojego produktu – robienia lodów, programowania, projektowania ubrań czy gier, organizowania "eventów", pieczenia ciast czy kiełbas. Po drugie, potrzebny jest ktoś kto zadba o sprzedaż produktu i ktoś kto zadba o finanse. Przy czym odpowiedzialność za finanse to zarówno prowadzenie księgowości, jak i zadbanie o wszystkie wymagane zezwolenia, oraz upewnienie się, że wszelkie transakcje są opłacalne. Przedsiębiorca może być dobry w dwóch obszarach – i produktu i marketingu, lub produktu i finansów. W oparciu o wieloletnią praktykę można jednak stwierdzić że nie ma osób, które byłyby równie dobrze predestynowane do zajmowania się marketingiem i finansami. (Pierwsza funkcja wymaga bowiem osobowości ekstrawertycznej, komunikatywnej, a druga introwertycznej, i refleksyjnej.) Przedsiębiorca potrzebuje dobrać sobie dwie – a co najmniej jeszcze jedna osobę o komplementarnych pasjach i kompetencjach. Wykorzystanie koncepcji „Trójcy Zarządzania” nie oznacza jednak bezkrytycznego „oddania” tych funkcji. Efektywne ich delegowanie wymaga scedowanie realizacji codziennej troski o pozostałe funkcje przy zachowaniu świadomości i nadzoru nad tym, co się w pozostałych obszarach dzieje.

Po czwarte – wsparcie społeczne. Kluczowym elementem koncepcji Wspierania Przedsiębiorczości - Enterprise Facilitation jest stworzenie środowiska wsparcia w danej społeczności. Lokalny samorząd – gospodarz terenu zaprasza przedsiębiorców do stworzenia Rady Rozwoju Gospodarczego. Rada ta, oprócz sugerowania lokalnym władzom kierunków możliwych działań i wskazywania bieżących problemów staje się dźwignią budowania kapitału społecznego. A w konkretnych kategoriach – to do Rady zwracamy się z prośbą o wskazanie osób które mogłyby być zainteresowane współpracą z początkującymi przedsiębiorcami. To dzięki sieci kontaktów społecznych w lokalnym środowisku znajdujemy ludzi, którzy wezmą na siebie kwestie marketingu, finansów – czy bieżącego zarządzania projektem.

Dr Ernesto Sirolli wielokrotnie, z wielka mocą podkreśla, że przyszłość społeczności leży w wyzwoleniu lokalnych pasji i talentów... Trudno się z tym nie zgodzić. A twarde dane z ponad 300 lokalnych społeczności świadczą, że to rzeczywiście działa.

Czy w Polsce to może zadziałać? Na pewno będzie trudniej – lata programów unijnych i bezzwrotnych dotacji wykształciły oczekiwanie, że finansowanie na start, na rozwój działalności można dostać od dobrych władz; nie pozwoliły na wykształcenie się właściwych wzorców… choć, z drugiej strony, mamy w każdej miejscowości ludzi, którzy takimi wzorcami mogliby być. Zapewne, jak każda koncepcja która odniosła sukces gdzie indziej, i ta wymagać będzie pewnych modyfikacji. Ale na pewno już czas, by lokalne samorządy wzięły inicjatywę w swoje ręce i zaczęły prężniej działać na rzecz rozwoju przedsiębiorczości na swoim terenie. Jeśli nie Wy, to kto?