Dawne czasy są lepsze przede wszystkim dlatego, że to czasy młodości. Z którą każde pokolenie ma związane dobre wspomnienia. Niezależnie, czy przypadała na wojnę, kryzys czy kataklizm, to okres pierwszych miłości, radości, odkrywania świata, który wspominamy z rozrzewnieniem.
„Nie mów: jak to jest, że dawne czasy były lepsze, niż obecne? Bo to nie jest mądre pytanie” (Eccl 7:10).
Dawne czasy zazwyczaj są również związane z czasem, gdy się dorabialiśmy. Moim pierwszym samochodem był pełnoletni maluch, który dziś nie przeszedłby żadnych badań. Aby silnik zaskoczył, trzeba było go za każdym razem popchać. Obiektywnie rzecz ujmując – nic miłego. Ale moje wspomnienia tego grata są pełne ciepła.
Dawne czasy również wiążą się z okresem, gdy kształtujemy swoje wartości, ustalamy sposób na życie. Nawet jeśli obecnie nimi nie żyjemy, mamy do nich pewien szacunek. Wybraliśmy je. Uznaliśmy za istotne. Tak, byliśmy może nieco zbyt idealistyczni, życie okazało się trudniejsze. Poza tym, powiedzmy sobie uczciwie, kilka razy zawiedliśmy. Ale one są dla nas ważne. I być może powrócimy do nich znacznie ściślej, coraz głębiej sobie uświadamiając, że bez nich nasze życie jest puste.
Dawne czasy. Nie mówmy, że były lepsze. Kiedy myślę o Wrocławiu, mieście, z którego pochodzę, myślę o mieście mojego dzieciństwa, którego już nie ma. Czy był, obiektywnie rzecz biorąc, lepszy? Raczej nie. Było to miasto z saturatorem obok mojej szkoły, drogą do szkoły przez stare przedszkole, na którym zbieraliśmy gruszki. Dziś nie ma ani jednego ani drugiego. Brak saturatora z „gruźliczanką” ciężko nazwać problemem; na miejscu przedszkola stoi dziś piękny budynek.
Twierdzę więc, że każde pokolenie jest na równi stracone i na równi do zyskania. Wszystko zależy od punktu widzenia. Każde musi zmagać się z określoną rzeczywistością, która jest w jakimś wymiarze zła, wroga, stwarzająca niebezpieczeństwo. Ale jednocześnie każda taka sytuacja jest okolicznością dla rozwoju. Wydobycia z ludzi tego, co w nich dobre, szlachetne. Apostoł Paweł zauważa, że „gdzie grzech się rozmnożył, tam łaska bardziej obfitowała” (Rzymian 5:20). Najgłębsze zło jest okazją do najbardziej radykalnych nawróceń.
Oczywiście, owo zło się zmienia. Złem w moim przypadku był komunizm, ze swym roszczeniem do przemiany świata, w które co prawda nikt już nie wierzył, ale które wciąż było oficjalnym dogmatem, w który należało wierzyć i wyznawać, przynajmniej w określonych sytuacjach. Dziś jest zresztą podobnie. Dziś mamy równie zaborczy zestaw twierdzeń, promowanych jako jedynozbawcze i ratujące świat. Których strażnikiem nie jest partia, ale aparat władzy, działający w oparciu o zestaw rzekomo słusznych, zaimportowanych praw, rodem z obcej nam światopoglądowo rzeczywistości Zachodniej Europy, która komunizmu niestety nie doświadczyła. Niestety, bo nie znając owego zła, którego doświadczyło moje pokolenie, próbuje z uporem godnym lepszej sprawy zbawić świat dokładnie w ten sam sposób.
Zło się zmienia. Być może faktycznie, największym wyzwaniem dla współczesnej młodzieży jest dostawanie wszystkiego na tacy i roszczeniowa postawa. Choć wydaje mi się, że to uogólnienie, dotyczące jedynie części młodych Polaków. Tak czy inaczej, nie zmienia się rozwiązanie. To zawsze wysiłek zmiany. Zwany w Biblii nawróceniem. Recepta również pozostaje ta sama: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (Rzymian 12:21). Ostatecznie największym problemem człowieka, jak mówił Luter, jest zwrócenie ku sobie. Niezależnie od okoliczności, to źródło problemów. Trzeba się odkręcić. Najlepiej z Bogiem, a konkretnie z Jezusem Chrystusem i w mocy Ducha Świętego – to recepta sprawdzająca się w różnych kulturach i narodach przez ostatnie 2000 lat. Choć środki zła i dobra się zmieniają, zależnie od pokolenia, każde jest naznaczone słabością i narażone na błąd. I każde podejmuje decyzje, które zmieniają rzeczywistość.
