REKLAMA

Nie pamiętam okoliczności w których został zakupiony, ale wciąż czuję to uczucie zawodu, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Był taki sobie zwykły i szary, bez żadnej ozdoby i nudny, jak babcina walizka, którą zwykle zabierała w góry.

W środku miał dwie przegródki, większą i mniejszą. W tej pierwszej akurat mieścił się elementarz Falskiego, książka do matematyki i dwa zeszyty. W trzylinie i w kratkę. W chropowatych, niebieskich okładkach z miejscem na wpisanie kto jest ich właścicielem. Nie podobały mi się więc wymyśliłam, że obłożę je w strony wyjęte z wydostanego „spod lady” przez mamę prawdziwego francuskiego Paris Match. Zeszyty były teraz piękne i kolorowe, ale mama niezbyt zadowolona.

W drugiej części miał swoje miejsce drewniany piórnik, taki z przesuwaną klapką. W nim obsadka (kto teraz wie co to jest?), dwie stalówki, ołówek bez gumki i cztery kredki - żółta, zielona niebieska i czerwona, którymi polskie dzieci mogły się cieszyć dzięki importowi z bratniej Czechosłowacji. W drugiej klasie zamieszkał tam także Plastuś, którego sama ulepiłam z plasteliny na wzór ulubionego bohatera książki Marii Kownackiej W tornistrze musiał się jeszcze zmieścić flakonik z atramentem firmy "Astra", w późniejszych latach to był niemiecki "Pelikan". Do tego jeszcze blok, guma arabska w ciężkiej butli z gumowym „dozownikiem” przekłutym nożyczkami, no i papier kolorowy do wyklejanek.

Niezbędnym dopełnieniem bagażu pierwszoklasisty było w końcu coś, co nazywano wyprawką ucznia. Czyli tekturowa okładka- jak klaser- a w niej, w specjalnych foliowych przegródkach literki. Cały alfabet, pisane i drukowane. Na specjalne zamówienie nauczycielki, od czasu do czasu w tornistrze gościły liczydła. Na stałe zaś nosiliśmy do szkoły patyczki, w kolorach podobno zbliżonych do zieleni i czerwieni.

W tamtych latach obowiązkowo w tornistrze musiało się znaleźć miejsce na woreczek na drugie śniadanie, nie żadne tam pudełko z plastiku. Mój był … szary i płócienny, a w nim kanapka zawinięta w papier śniadaniowy, jakiś sezonowy owoc i oczywiście serwetka. Miałam lnianą, z mereżką i wyhaftowanym przez mamę imieniem "Dorocik". Szkolne śniadanie stanowiło pewien rytuał. Przed „dużą” przerwą nauczycielka otwierała w klasie okna a my, pod koniec lekcji, całą klasą, wędrowaliśmy do łazienki myć ręce. Potem pojawiała się pani z kuchni i kubki z mlekiem. Kubki czekały w szafach, nasze domowe, ulubione. Śniadanie jedliśmy w klasie razem z nauczycielką. Nie pamiętam nikogo, kto by nie miał śniadania, ale pamiętam, że jedna z dziewczynek miała zawsze "popołudniowe" owoce. Banany albo mandarynki. Jej tata pracował za granicą a ona opowiadała nam o "różowych słonikach na złotym łańcuszku", które miała w domu, z tej tatowej zagranicy.

Pierwszy tornister służył mi trzy lata. Był taki sam jak kilku moich rówieśników z klasy, raz nawet zabrałam do domu egzemplarz kolegi. Żywot zakończył, gdy chłopcy zrobili z niego słupek do bramki. Trrrach ! W środku rozlał się atrament. Nie dało się wiele uratować. Kolejny był czerwony z jakąś baśniową postacią, nie lubiłam go, rzucał się w oczy i miał paski, których nie dało się regulować. Nie płakałam po nim, gdy pogryzł go mój pies.

W czwartej klasie za uzbierane pieniądze kupiłam sobie w sklepie myśliwskim, który do dziś mieści się przy ul. Kruczej, skórzaną „raportówkę”. To dopiero była ekstrawagancja i awangarda! Dotarła ze mną do liceum, gdzie wytarta i znoszona, była niemym świadkiem młodzieńczych szaleństw.