Tak długo czekaliśmy na Nią w Polsce, że już samo czekanie stało się częscią misterium, na które zasłużyliśmy? W Warszawie, przez cały dzień, silny wiatr niósł zewsząd zapowiedź czegoś wielkiego, a słońce dawało poczucie spełnienia.
Zacznijmy od zdjęć. Zwyczajowa, pojawiająca się przed każdym, bądź prawie każdym koncertem gwiazdy, prośba, by ich nie robić, tym razem nabrała wielu znaczeń. Z myślą doprowadzającą do pytania- doceniając mistrzostwo fotografów- czy Ktoś potrafi uchwycić Jej istotę? Pewnie można dotknąć, ale czy to wystarcza nam wszystkim, będącym na koncercie w Sali Kongresowej? Powiem więcej, nie tylko spełniła oczekiwania- począwszy od repertuaru, przez wykonanie, po atmosferę migającą w wiszących świecach- ale dorzuciła od siebie i genialnego zespołu coś, czego nie można było sobie wyobrazić, nawet zakładając, że spektakl przekroczy nasze wyobrażenie. Pięknie bowiem zaznaczyła wartość słowa, jego skupienie na rzeczach będących "natemat", a wynikających z pasji, czyli prawdy. W drugiej części, oddając bardziej klimat, przemówiła milczeniem, które potrafiło doprowadzić do wzruszenia i płaczu. I zapłakała bisując, pomiędzy owacjami. Kto płakał z Loreeną? By dopowiedzieć prawdę, zanim zniknęła, a światła rozświetliły pamięć, można było usłyszeć, nie tylko zobaczyć, jak się uśmiecha. To też ponad nasze wyobrażenie, chyba... I obiecała, że latem możemy znowu Jej oczekiwać:)
Z baśniowego świata Loreeny McKennitt nie chce się wracać... Choć i tam śmieje się i płacze samotnie. Ale wraz z Nią i drzewa, i ptaki, i wiatr, i noc- jeśli trzeba. A tutaj, często, Jej płacz odbija się pustym echem o budynki...
