Dziś rozpocznie się nowy rok szkolny. Inny niż dotychczasowe. Dzieci będą siedziały w przepełnionych klasach, a siedem tysięcy dotychczasowych nauczycieli zamiast na uroczystości do szkoły pójdzie do pośredniaka szukać nowego pomysłu na życie i pracę
REKLAMA
Rok szkolny rozpoczyna blisko cztery i pół miliona uczniów. To przeszło milion mniej niż dekadę temu. Dlatego z mapy placówek edukacyjnych zniknęło właśnie 400 szkół, a siedem tysięcy nauczycieli straciło pracę. Oszczędności wymagają, żeby dzieci teraz siedziały w przepełnionych klasach. Wiele samorządów określiło minimum na 25, 26 albo nawet 30 uczniów w jednej sali. To zupełne nieporozumienie. Bo przecież im mniejsza jest klasa, tym łatwiejsza jest nauka. I chodzi nie tylko o zapewnienie komfortu pracy nauczycielom, ale przede wszystkim o zapewnienie normalnych warunków uczniom. Dzieci to nie jednakowe maszyny – mające idealnie takie same parametry. Liczebność klas powinna wynikać z rachub merytorycznych, a nie rachunku ekonomicznego. Dzieciom należy dać szanse nauczyć się czegokolwiek. W przepełnionych salach nie mają na to absolutnie żadnej szansy.
Czy nauczycieli trzeba zwalniać? Nie. Weźmy przykład z Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi kilka lat temu borykali się z problemem niżu demograficznego. Tych pedagogów, dla których zabrakło godzin z przedmiotów obowiązkowych, kierowano do pracy wychowawczej, socjalizacyjnej i do prowadzenia różnego typu zajęć pozalekcyjnych. W ten sposób nie tylko obroniono miejsca pracy, ale także (a może przede wszystkim) załatwiono problemy wychowawcze. Dziś dzięki tym działaniom w Niemczech nie ma poważniejszych problemów z nieprzystosowaniem społecznym wśród młodzieży. My wolimy zaś zwolnić siedem tysięcy nauczycieli i wydać 100 milionów na znalezienie dla nich nowej pracy. Te pieniądze można byłoby wydać na zajęcia pozalekcyjne. Zwłaszcza, że za chwilę będzie problem z… brakiem nauczycieli.
Do szkół niedługo pójdą sześciolatki, których w tym roku rodzice nie chcą puszczać do pierwszych klas. Nastąpi spiętrzenie roczników. Szkoły znowu będą musiały pracować na dwie zmiany i będzie brakowało kadry. Ale o tym nikt nie myśli.
Nie myślano też o tym w odpowiednim czasie. Zastanawiam się, czy została przed laty wypracowana jakakolwiek polityka edukacyjna państwa. Chyba nie, bo choć od dłuższego czasu wiemy, że groził nam niż demograficzny, to nikt ani nie przystopował w istotny sposób „produkcji” nowych nauczycieli (pewną cząstkową próbą są tzw. kierunki zamawiane, promujące studia techniczne) ani nie zastanawiał się, co robić z tymi, którzy już byli zatrudnieni. Myślenie i przewidywanie jest u nas największym problemem.
Nie myślano też o tym w odpowiednim czasie. Zastanawiam się, czy została przed laty wypracowana jakakolwiek polityka edukacyjna państwa. Chyba nie, bo choć od dłuższego czasu wiemy, że groził nam niż demograficzny, to nikt ani nie przystopował w istotny sposób „produkcji” nowych nauczycieli (pewną cząstkową próbą są tzw. kierunki zamawiane, promujące studia techniczne) ani nie zastanawiał się, co robić z tymi, którzy już byli zatrudnieni. Myślenie i przewidywanie jest u nas największym problemem.
