Nikt nie wie, czym się zakończy kolejna odsłona wojny w Syrii, ale przejdzie ona do historii jako konflikt obfitujący w paradoksy.
Świat oficjalnie potępił użycie broni chemicznej, której używania zabraniają międzynarodowe konwencje. 99% ofiar w tej wojnie umiera jednak przez broń konwencjonalną, której nie zakazują żadne umowy.
Amerykanie mają zaatakować reżim Asada, aby pomóc rebeliantom. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje Al-Kaida, która spektakularnie wymordowała kilka tysięcy osób w Nowym Jorku, Londynie, Madrycie i kilku innych miejscach na świecie.
U boku prezydenta Stanów Zjednoczonych stoi nie kto inny, jak prezydent Francji, socjalista François Hollande. Wywołuje to pewną konsternację wśród posłów mojej grupy politycznej, którzy z reguły nie przepadają za wojnami.
Rebelia antyrządowa w Syrii wspierana jest miliardami dolarów z Arabii Saudyjskiej i innych krajów regionu Zatoki Perskiej. Dyktatora chcą więc obalić tacy sami dyktatorzy, albo jeszcze bardziej represyjni.
I jak tu podzielić Syrię linią frontu na tych dobrych i tych złych?
