Dzisiaj rano zostałem zaskoczony pytaniem redaktora Jana Wróbla w radiu TOK FM co sądzę o podziwie dla premiera Orbána, jaki wyraził w jednej z gazet Kamil Durczok.

REKLAMA

Po pełnej lekturze tekstu znajduję dużo bardziej wyważoną ocenę działań Orbána. Stwierdzenie, że obaj przywódcy polscy – mam na myśli Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego − są w niego zapatrzeni, świadczy tylko o mizerii polskiej polityki i o tym, jak pragnienie silnej władzy zastępuje myślenie o władzy dobrej, efektywnej i kreatywnej.

Tekst ukazał się po decyzji Orbána o wycofaniu się z przeprowadzenia wielu zmian w konstytucji, które wymusiła na nim UE. Słowa „wymusiła” używam tutaj z pełnym przekonaniem. Gdyby nie presja, a wręcz szantaż finansowy, konstytucja węgierska byłaby kagańcem dla demokracji tego kraju i zagrażałaby prawom człowieka.

Orbán ugiął się, ale w moich oczach i tak pozostaje zamordystą. Dysponując dużą władzą, nie potrafi on respektować prawa opozycji czy praw mniejszości. Z faktu posiadania większości wynika przekonanie, że ma się rację − nie na tym polega demokracja. O to właśnie chodzi UE, która wykorzystała wszystkie traktatowe możliwości, aby szef rządu węgierskiego musiał zdecydować się na ustępstwa.

Gdyby zastanawiać się, jak w historii Węgier zapisze się Orbán, jest jeszcze na to za wcześnie. Jego pomysły gospodarcze polegające głównie na rozdawaniu pieniędzy prędzej czy później się skończą. Nie ma takiej władzy, która trwałaby wiecznie.

O realnych konsekwencjach przywództwa podziwianego premiera węgierskiego i jego rządu będziemy wiedzieć dopiero wtedy, gdy do władzy dojdzie opozycja. Zobaczymy wówczas jak cały ten system wyglądał „od środka”.