Rok 2003. Z taśmy produkcyjnej fabryki Renault we Francji zjeżdża model Megane. Nietypowy, bo ciężarowy. Z dwoma siedzeniami, przestrzenią ładunkową większą od pasażerskiej, blachą zamiast okien z tyłu. Homologacja wyraźnie mówi, że auto jest ciężarowe. Trafia do salonu Renault w Austrii. Kupuje go firma transportowa. Rejestruje w Austrii – jako samochód ciężarowy, i używa go do przewozu towarów – jako samochód ciężarowy. I tak do roku 2008, kiedy samochód ulega wypadkowi. Austriacka firma postanawia go sprzedać firmie niemieckiej, handlującej uszkodzonymi autami. Niemiecka firma kupuje go więc, a Megane ląduje w Niemczech – jako samochód ciężarowy. Z Niemiec ma krótką drogę do Polski...
... bo kolejnym właścicielem jest polska firma, handlująca sprowadzanymi samochodami – która kupuje samochód, oczywiście jako ciężarowy. Polski przedsiębiorca załatwia wszystkie formalności związane ze sprowadzeniem z zagranicy auta. Ciężarowego oczywiście. Przedsiębiorca wie, że od samochodu ciężarowego nie płaci się akcyzy, ale dla pewności idzie do Urzędu Celnego i pyta – a urzędnik stwierdza, że jest to samochód ciężarowy, zwolniony z akcyzy. Potem przegląd techniczny, Urząd Skarbowy i wreszcie rejestracja. Podróżujący po Europie Megane w roku 2008 zostaje zarejestrowany w Polsce – jako samochód ciężarowy. Po jakimś czasie polski przedsiębiorca sprzedaje tenże samochód ciężarowy i zapomina o sprawie.
Rok 2013. Do przedsiębiorcy puka Urząd Celny. Okazuje się, że po pięciu latach urzędnicy uznali, że samochód bez tylnych siedzeń i z blachą zamiast okien jest jednak samochodem osobowym, od którego należy się akcyza. A dokładnie należała się 5 lat temu, więc dzisiaj należy się też kara i odsetki. Auto, które w trzech krajach było samochodem ciężarowym, w czwartym kraju i po 10 latach nagle staje się osobówką. Możliwe tylko w Polsce.
Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie. Pierwsza to niejasne i niestabilne polskie prawo podatkowe, które doprowadza do tego typu sytuacji. Polski przedsiębiorca nie może spać spokojnie. Urząd może zmienić interpretację przepisu w każdej chwili, a konsekwencje wyciągać na kilka lat wstecz. Drugą przyczyną jest konsekwentna księgowa polityka ministra Rostowskiego. Minister łata dziurę budżetową, dociskając śrubę przedsiębiorcom. W branży samochodowej krążą plotki o tajemniczych okólnikach, które każą szukać przypadków takich, jak wyżej opisany, żeby pozyskiwać wpływy do kasy.
Zaproponowaliśmy, jak rozwiązać pierwszy problem: wprowadzając instytucję „prawa do błędu”. Polega ona na tym, że każdy przedsiębiorca będzie mógł przedstawić urzędowi na piśmie swoją interpretację niejasnych przepisów. I dopóki nie otrzyma od urzędu – również na piśmie – innej wykładni, będzie mógł działać według własnej interpretacji. Będzie bezpieczny i nie będą mu groziły z tego tytułu żadne konsekwencje. Drugi problem rozwiązać może już chyba tylko zmiana na fotelu ministra finansów.
