Tzw. ekspert współpracujący z zespołem Antoniego Macierewicza, prof. Jacek Rońda przyznał na antenie jedynie słusznej stacji, że perfidnie kłamał mówiąc, że piloci rozbitego pod Smoleńskiem tupolewa nie zeszli poniżej wysokości 100 metrów. Godne to i sprawiedliwe.

REKLAMA

Świadomie podpalając polską opinię publiczną bredniami, kłamstwami, wyimaginowanymi teoriami, Jarosław Kaczyński osiągnął swój cel. Prezes, jak to prezes, nie ma podobno szczęścia do współpracowników. Jedni okazują się zdrajcami, drudzy przeszli na złą stronę mocy, inni jeszcze sami z siebie zrobili kompletnych idiotów. Organizowane przez PiS miesiączki nie stracą jednak ani na chwilę zapału. Antoni Macierewicz niczym abp. Józef Michalik odwróci kota ogonem, a ciemny lud nadal tkwić będzie w smoleńskiej mgle. Idę o zakład, że dla większości wyznawców religii smoleńskiej nie ma to kompletnie żadnego znaczenia. Co z tego, że kłamał, skoro kłamał dla nas?

Wierzących w smoleński zamach jest sporo. To wynik nachalnej propagandy ślepych wyznawców prezesa i jego dziennikarskich akolitów, tzw. niepokornych, którzy w typowy dla siebie sposób zamilkli wobec rewelacji jakie wyznał blefoman, prof. Rońda. Nie znajdziemy ich pełnych werwy namiętnych komentarzy. Ich milczenie jest złotem, pamiętajmy jednak, że jeśli fakty są nie po ich stronie, tym gorzej dla faktów. Czujny rewolucjonista red. Cezary Gmyz spędza zapewne godziny śledząc życiorys prof. Jacka Rońdy, kto wie, może coś na niego znajdzie i każe się, że był podstawiony, choć nie wstawiony? Jeśli ktoś z jego rodziny miał jakieś PRL-owskie korzenie, tym gorzej dla jego korzeni, a lepiej dla smoleńskiej nobilitacji. Wszystko wówczas może okazać się znowu takie proste, uff!

Kłamstwo ma jednak krótkie nogi i podwójny podbródek.