Związki partnerskie, in vitro, gender to tematy, które mocno zaistniały w mijającym roku. Dzieliły polityków, media i społeczeństwo. Ideologiczne spory są medialnie sexy. Kreują polityczną narrację. Bardziej niż katastrofa smoleńska, czy likwidacja OFE.

REKLAMA

Zaczęło się w lutym, kiedy głosami posłów PiS, SP, PSL i części parlamentarzystów PO Sejm odrzucił w pierwszym czytaniu projekty ustaw o związkach partnerskich. Wbrew zaleceniom premiera niemal jedna czwarta posłów PO uznała, że zalegalizowanie konkubinatów, które zyskałyby niektóre uprawnienia zarezerwowane małżeństwom, stanowiłoby zagrożenie dla polskiej rodziny i byłoby nie do pogodzenia z ich konserwatywnym światopoglądem. W łonie partii rządzącej ujawnił się jaskrawy konflikt ideowy.

Okazało się, że w jednej formacji politycznej funkcjonują skrajni konserwatyści pokroju pastora Godsona i eks-monarchisty Żalka z poglądami na prawo od Kaczyńskiego i Ziobry oraz liberałowie jak Dunin (autor projektu ustawy) i Pomaska. Naprzeciw siebie stanęli wówczas minister Gowin, forsujący tezę o niekonstytucyjności ustaw o związkach partnerskich oraz premier Tusk, przypominający, że to tylko prywatna opinia Gowina. Partyjny spór podgrzewały media – jeszcze bardziej podzielone niż politycy. Ostatecznie Gowin wyszedł z Platformy i założył własną partię, zaś pary heteroseksualne (bez małżeństwa z wyboru) i homoseksualne (bez małżeństwa z „musu”) zostały z niczym – bez prawa ułatwiającego im funkcjonowanie w obszarze dziedziczenia, podatków, dostępu do informacji, pochówku etc.

Kolejną odsłoną ideowego konfliktu wewnątrz Platformy Obywatelskiej był spór o in vitro. I znów ujawnili się kościelni platformersi, którzy stanowczo sprzeciwili się wspieraniu przez państwo metody, która jest potępiana przez Kościół Katolicki. Szczególnie zasłynął słyszący „krzyczące zarodki” minister Gowin, który po stwierdzeniu, że „na polskich zarodkach niemieccy naukowcy dokonują eksperymentów” stracił na początku maja stanowisko w rządzie.

11 listopada polskie piekiełko ujawniło się na ulicach Warszawy. Zorganizowany przez Ruch Narodowy Marsz Niepodległości zakończył się ulicznymi rozróbami, których kulminacją był atak na „lewacki” squat i rosyjską ambasadę oraz podpalenie tęczy na placu Zbawiciela. Te chuligańskie czyny mają oczywiście podłoże w prostackiej ksenofobiczno-rasistowskiej ideologii, którą „prawdziwi Polacy” utożsamiają z patriotyzmem. Atakując te miejsca nacjonaliści wskazali swoich głównych wrogów: „lewaków”, ruskich, gejów i lesbijki. Przy okazji pokazali również swoją głupią agresję i skłonności do wandalizmu, której opór dało niedające się zniszczyć… drzewko, w przeciwieństwie do nieprzygotowanej i spóźnionej wszędzie policji. Ruch Narodowy złożony z działaczy organizacji o konotacjach jawnie neofaszystowskich (głównie NOP i ONR) rośnie w siłę, planuje start w przyszłorocznych eurowyborach. Antysystemowa formacja skupia i będzie skupiać uwagę mediów, a kulturowa wojna i nienawiść do Innych jest dla niej fundamentalną pożywką.

Pod koniec 2013 roku na ideologiczny ring wszedł Kościół. W reakcji na ujawnianie czynów pedofilskich polskich duchownych najwyżsi hierarchowie ogłosili, że winne temu są feministki, rozwodnicy, wreszcie niekochane dzieci, które potrzebują bliskości. Krytyka tych słów była miażdżąca, nawet ze strony prawicowych publicystów. Episkopat nie oddał jednak pola w tworzeniu narracji sporu kulturowego. Zwieńczeniem tego roku na gruncie wojen ideologicznych w Polsce jest list pasterski, w którym Kościół uznaje „ideologie” gender za winną rozpadu więzi rodzinnych i społecznych oraz sprzeczną z naturą człowieka.

Abstrahując od tego, że treść listu jest antynaukowa i świadczy o skrajnej ignorancji autorów (choćby dlatego, ze nie istnieje „ideologia” gender , a metoda naukowo-badawcza) trzeba stwierdzić, że Kościół odnalazł współczesną czarownicę, wskazał źródło zła i skutecznie zdominował dyskurs w ostatnich tygodniach. Temat gender nie schodzi z ramówek programów publicystycznych, stron gazet i portali, a według językoznawców „gender” było słowem miesiąca. Gender się atakuje i broni, dyskutuje w telewizji, Internecie i przy rodzinnym stole. Niezaprzeczalnie dzięki Kościołowi, który pojęcie powstałe już w latach czterdziestych, rozpowszechnione w latach siedemdziesiątych, a w Polsce w dziewięćdziesiątych, wciągnął do głównego nurtu dyskusji pod koniec tego roku. Kościół jest w tej narracji zwycięzcą, bo pseudo-ideologicznym sporem przykrył własne grzechy i zaniechania.

To przegląd niektórych tylko zdarzeń – nieco przesadnie to ujmując - z frontu „wojny kulturowej”. A są jeszcze sześciolatki, aborcja, integracja europejska itd. Stosunek do tych tematów też ustawia po którejś stronie. Kreatorzy sporu nie przebierają przy tym w słowach. Wystarczy przypomnieć „szmaty” posłanki Pawłowicz i „pedalską tęcze” posła Pięty, czy z drugiej strony ekshibicjonizm aborcyjny Katarzyny Bratkowskiej. A w Internecie wymiana obelg pomiędzy plemionami dawno straciła charakter debaty. Nic zatem nie wskazuje na „koniec historii” a’la Fukuyama. Podszyte ideologiami spory mocno odcisnęły się na kartkach kalendarza 2013 roku.

Czy 2014 rok będzie mniej ideologicznie rozpalony? Nie. Hierarchowie Kościoła Katolickiego będą umacniać oblężoną twierdzę. 2014 to początek wyborczego maratonu. Stąd, pewne jest, że światopoglądowe spory będą podgrzewać politycy. Tym bardziej, że do polityki będą próbować wejść nowe skrajnie prawicowe ugrupowania – Ruch Narodowy, Kongres Nowej Prawicy. Nacjonalistyczne, rasistowskie i antyeuropejskie akcje będą kreować kontrreakcję z lewej strony.

Wygląda na to, że ten kto umiejętnie umiejscowi się na różnych frontach poglądowych konfliktów będzie narratorem w 2014 roku.