Pytacie czy piję alkohol i jak sobie z tym radzę. Też to pytanie zadawałem innym, jak nie byłem leczony, więc postanowiłem na nie odpowiedzieć w formie notki.
Nasz kraj słynie z tradycji picia wódki i świętowania każdej okazji, spotkania z kieliszkiem w ręku. Począwszy od Sylwestra, imieniny, urodziny, rocznice, wesela, Wielkanoc, sukcesy, porażki - po Boże Narodzenie. Wznoszenie toastów jest bardzo popularne, a alkohol to również często najprostszy do kupienia prezent czy dowód wdzięczności.
Od tego problemu i pytania „dlaczego się ze mną nie napijesz?" nie da się uciec w trakcie terapii. W sumie jakby zamknąć się w domu na rok, może by dało się je ominąć, ale to rozwiązanie jest bez sensu i jego nie polecam.
Najlepsza jest chyba szczerość. Jasny komunikat - dzisiaj nie piję, nie mogę. Bez tłumaczenia. W ostateczności można oprzeć się na argumencie leków lub kluczyków do samochodu. Inteligentna osoba nie będzie drążyła, a upierdliwa może sobie tylko zaszkodzić swoją wścibskością.
Z autopsji Wam powiem, że przy tylu dawkach połykania leków, cotygodniowych zastrzykach jakoś dziwnie byłoby sięgnąć po butelkę. To tak jakby popijać rybawirynę lub inhibitor proteazy piwem lub wódką. Nie poważne i na pewno nie sprawia przyjemności, a o skutkach na drugi dzień nie wspomnę.
