Na samym początku chciałabym powitać wszystkich czytelników! Absolutnie wszystkich! A w szczególności tych, którzy zmagają się z podobnym problemem, jakim jest WZW C, czekają, bądź są już w trakcie leczenia trójlekowego. Jestem na samiuśkim początku terapii i zarówno dla Państwa jak i dla samej siebie, będę starała się sumiennie opisywać jej przebieg. Mam nadzieję, że będziecie razem ze mną oraz że moje posty przysłużą się niejednej osobie. Może dodadzą otuchy, nadziei? Liczę na to, że tak właśnie się stanie. No to ZACZYNAMY!
Muszę przyznać, że dzień, w którym otrzymałam informację o dostaniu się do programu terapeutycznego zapamiętam do końca życia. Szykowałam się wtedy do wyjścia, kiedy do pokoju wpadł mój tata z listem ze szpitala zaadresowanym do mnie. Już wiedziałam, to musiało być to! Szybko rozerwałam kopertę i przeczytałam… TAK! Dostałam leczenie! Promyczek nadziei! Nadziei na to, że może być lepiej!
Już kilka dni później szłam na pierwszą wizytę w laboratorium, na pierwsze pobranie krwi w ramach programu i po odbiór leków. To oczywiste, że gdzieś w środku odczuwałam delikatny lęk przed tym, w jaki sposób zareaguje na to wszystko mój organizm. Jednak chęć walki i nadzieja pokonywały wszystko!
Lekarz prowadzący omówił ze mną przebieg leczenia i udzielił mi odpowiedzi na wszystkie niepokojące mnie wtedy pytania. Plan na najbliższy miesiąc brzmiał: interferon pegylowany raz w tygodniu podskórnie oraz dwa razy dziennie po dwie tabletki ribawiryny. Dopiero po miesiącu zostanie mi włączony trzeci lek: inhibitor proteazy. Czy brzmiało to wszystko niepokojąco? Zastrzyki, ogromna ilość tabletek? Być może. Ale wiedziałam, że nie mogę się poddawać!
Po odebraniu leków (należy pamiętać o odpowiednim transporcie, dlatego warto zaopatrzyć się w torbę termoizolacyjną lub też niewielką przewoźną lodówkę!) wsiadłam do auta, odetchnęłam, a w mojej głowie stanął obraz licznika, który wyświetlany był niegdyś przed starymi filmami… 5...4…3…2…1… START! NO TO RUSZAMY!!!
