Trafiłem niedawno na ubiegłoroczny artykuł Edwina Bendyka na temat rozwarstwienia społecznego w Polsce. Wyniki smutne. Jedna z tez: polski system edukacji pozwala na przechodzenie z klasy do klasy szkolnej, ale silnie przyczynia się do niezmieniania klas społecznych. Nie do końca mogę się zgodzić i nie do końca uważam, że powinien.

REKLAMA
W artykule przytaczane są badania prof. Krystyny Janickiej i Macieja Słomczyńskiego, socjologa z Polskiej Akademii Nauk i Ohio State University w Stanach Zjednoczonych rozpoczęte w 1988 r. w ramach programu naukowego POLPAN oraz badania „Diagnoza społeczna” realizowane przez prof. Janusza Czapińskiego, psychologa społecznego z Uniwersytetu Warszawskiego. Wnioski są następujące:
1. „W Polsce od początku transformacji systematycznie rośnie rozwarstwienie społeczno-ekonomiczne. Najlepiej usytuowane 15% Polaków poprawiło swoją kondycję materialną między 1998 a 2006 r. średnio ponad dwukrotnie. 15% najbiedniejszych w 1988 r. – zbiedniało jeszcze o połowę.”
2. „W 1992 r. 70 % Polaków twierdziło, że nie wystarcza im pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb – w 2011 r. problem ten miało już „tylko” 26%.”
3. "Proces wzrostu nierówności w Polsce, które w 2003 r. należały do najwyższych w Europie, po 2005 r. zmienił łagodnie kierunek i dysproporcje zaczęły się zmniejszać.”
4. „Osoby o najniższych wynikach w testach IQ, lecz plasujące się wyżej w strukturze społecznej, uzyskały w latach 1988–2003 średni przyrost dochodów na poziomie 760 zł, a tak samo mało inteligentni, ale z dołu społecznej drabiny poprawili swój status jedynie o 67 zł. Osoby o najwyższych wynikach, lecz także ze społecznego dołu, zdołały wyrwać w tym czasie 650 zł, a więc i tak mniej niż ci mniej inteligentni, ale lepiej społecznie ustawieni.” Warto w tym miejscu przytoczyć wyniki innych badań, w których wykazano, że do poziomu IQ 120 wzrost wyniku jest pozytywnie skorelowany z wysokością dochodu natomiast powyżej tego progu korelacji już nie ma.
Warto jeszcze przytoczyć klasy społeczne wyróżnione przez prof. Henryka Domańskiego, socjologa z Polskiej Akademii Nauk:
„• wyższe kadry kierownicze, inteligencja, inżynierowie – ok. 9% ludności
• niżsi kierownicy, technicy, księgowi, pielęgniarki, czyli przedstawiciele zawodów sprofesjonalizowanych – ok. 18%
• białe kołnierzyki, czyli szeregowi urzędnicy – ok. 9%
• pracownicy sektora handlu i usług – 12%
• robotnicy wykwalifikowani – 20%
• robotnicy niewykwalifikowani – 16%
• właściciele firm – 6–7%
• rolnicy i robotnicy rolni – 9%
• underclass, podklasa tworzona m.in. przez długotrwale bezrobotnych – 8–9%
(suma przekracza 100%. ze względu na płynność granic, zwłaszcza w dolnych strefach struktury)”

Autor artykułu zwraca uwagę na rolę polskiego systemu edukacji w utrwalaniu podziału klasowego:
• „Na kierunkach uchodzących za najbardziej atrakcyjne (medycyna, prawo, elektronika, ekonomia na SGH, architektura) 70% studentów ma pochodzenie inteligenckie (zwykle rodzice z wyższym wykształceniem), 20% to dzieci pracowników biurowych, a tylko 5% przyjechało na te studia z małych ośrodków; udział dzieci robotników i chłopów nie przekracza tam 2%.”
• „Dzieci z rodzin, w których rodzice mają wyższe wykształcenie, należących do klasy średniej, mają 20-krotnie większą szansę, by dostać się do przedszkola niż dzieci rodziców mających wykształcenie podstawowe.”
• „Budżet płaci jedynie za pięć godzin pobytu dziecka dziennie, za więcej i zajęcia dodatkowe trzeba z reguły wyłożyć z własnej kieszeni. Wykładają więc przedstawiciele klasy średniej.”
• „Podział dzieci na miejskie i wiejskie ze względu na konieczność dostosowania do rozkładu jazdy gimbusów, podział na klasy o lepszej i gorszej znajomości języka obcego. Na pozór racjonalne działania, mające zwiększyć efektywność pracy szkoły, przyczyniają się do utrwalania i zamykania klasowej struktury.”

3 dni temu Jarek Żyliński na tym portalu przeczuwał, że „Ten system musi upaść”. Autor artykułu narzekał głównie na to, że program szkolnictwa zakuwa dzieci w ramy, pod linijkę, zamiast starać się wydobyć z nich potencjał – z każdego dziecka potencjał, który drzemie właśnie w nim. Trudno nie zgodzić się z takimi tezami.

Mój nauczyciel matematyki w liceum mawiał, że głównym celem szkoły jest socjalizacja, bo gdyby chodziło o opanowanie materiału to sami w domu zrobiliśmy to kilka razy szybciej. W przypadku liceum, do którego uczęszczałem, najprawdopodobniej miał rację, jakkolwiek z pewnością jest wiele szkół, w których bez codziennego przychodzenia do niej uczniowie nie nauczyliby się niczego.
Trudno jest mi się zgodzić w 100%-ach z tezą, że polski system edukacji silnie przyczynia się do utrwalania podziału klasowego. Mam wręcz wrażenie, że, zwłaszcza w porównaniu do krajów zachodniej Europy i USA, nasz system jest bardzo „łagodny” dla przedstawicieli niższych klas. W Polsce bowiem o wiele łatwiej jest zdobyć wykształcenie, w tym w szczególności wykształcenie wyższe, niż w krajach zachodnich. Czasami może nawet aż zbyt łatwo, ale to już osobny temat.
Przede wszystkim powinniśmy zastanowić się nad tym, czego oczekujemy od powszechnego systemu edukacji. W mojej opinii rolą powszechnego systemu edukacji powinno być po pierwsze dostosowanie większości przeciętnych uczniów do funkcjonowania w społeczeństwie oraz „wyłapywanie perełek”. Dokładnie w takiej kolejności.
Nie oszukujmy się – większość ludzi jest przeciętnych i takimi pozostanie. To wynika z samej definicji przeciętności. Oczywiście, świetnie byłoby wydobyć z każdego dziecka jego ukryte talenty, ale to może być niemożliwe, a nauczenie go funkcjonowania w społeczeństwie jest ważniejsze. Dla tegoż społeczeństwa właśnie. Podział klasowy funkcjonuje w każdym społeczeństwie i też nie da się tego zmienić – nie da się znieść nierówności. Oczywiście, powinno się dążyć do tego, aby każdemu umożliwić egzystencję na „godnym poziomie”, ale również nie na siłę, tzn. nie np. niekończącymi się zasiłkami wypłacanymi osobom, które ewidentnie nie kwapią się do pracy. Raz jeszcze, postawiłbym na różnorodność. I na rynek. Niech edukacja powszechna kształci powszechnie a obok niej niech powstają placówki prywatne, jak najbardziej różnorodne. Czy taki stan rzeczy przyczyni się do rozwarstwienia? Pewnie tak. Ale jeśli wybitne jednostki będą od początku traktowane „wybitnie”, to moim zdaniem będzie większa szansa na to, że jak potem zaczną rządzić krajem, to zrobią to lepiej. I nie zapominajmy, że na wolnym rynku oprócz ludzi nastawionych na zysk zakładających przedszkola i szkoły dla wybranych, są też ludzie nastawieni na niesienie pomocy, zakładający fundacje na rzecz ubogich a wybitnych dzieci, finansując im na przykład edukację w placówkach tych nastawionych na zysk. I jeszcze jedno – niech edukacja wyższa stanie się (znowu) wyższa, a przestanie być powszechna. Niech progiem wejście nie będzie cena, ale umiejętności, predyspozycje, możliwości. To właśnie na tym poziomie kształcenia, jak pisałem niedawno dla Gazety SGH, powinna być przestrzeń i możliwość odejścia od kształcenia większości. To właśnie tam mniejszość powinna być uczona kreatywności, otwartości, odwagi, podważania, odkrywania ale również mądrości. W takim systemie klasy społeczne nie znikną, może nawet nie zaczną się zacierać różnice pomiędzy nimi. Ale mam wrażenie, że taki system spowoduje, że będzie żyło się lepiej przedstawicielom wszystkich klas.