Wielkanoc to nie jest dobry czas na aktywne blogowanie. Jeszcze w Wielki Czwartek obiecałem sobie, że nie będę odpowiadał na żadne "zaczepki" czy bardziej lub mniej świadome prowokacje i po prostu do wtorku nie będę komentował tzw. bieżących wydarzeń...

REKLAMA

Ale Tomek Machała zamieszał swoim tekstem także i w moim wielkanocnym myśleniu. Kiedy przeczytałem go rano ucieszyłem się, bo właśnie dziś czytamy w tekstach liturgii słowa, że ludzie uwierzyli, bo inni im powiedzieli o tym co się stało w Jerozolimie. Potem na FB napisałem pod jednym z komentarzy trochę przewrotnie, ze tekst Tomka jest "głosem wiary, wiarę ubezpieczającym".

Zanim jeszcze autor tekstu został oskarżony o publiczne obnażenie (i to na dodatek w niedzielę, jak można!) najbardziej osobistych przeżyć, zastanawiałem się co w tym tekście najbardziej "wali po oczach". Koleżanka, która chodzenie na msze uważa nawet za ciekawą sytuację, ale dużo mniej wyrafinowaną niż impreza w Wielki Piątek? Knajpa otwarta w Wielką Sobotę i niezła frekwencja uwolnionych od zabobonu Polaków? A może "churching" w poszukiwaniu sensownego i przemyślanego kazania? No bo nie samo chodzenie w niedziele do kościoła? Chyba, że chodzący jest dziennikarzem, aktorem, sportowcem czy innym celebrytą.

No właśnie, to co krytyków tekstu boli najbardziej to nie "ujawnienie" swojej religijnej tożsamości przez Tomka Machałę, ale sam fakt, że (podobnie jak robią to sportowcy w akcji "nie wstydzę się Jezusa") ktoś może zadać sobie pytanie: skoro Machała, Płuska, Hołownia i wielu innych mogą być ludźmi z pierwszych stron gazet, ekranów telewizorów czy popularnych programów to i innym może się udać. I jeszcze jedno: oni uważają, że wiara praktykowana i nie ukrywana jest czymś ważnym, ciekawym wartościowym. Nie czują się odzierani z intymności kiedy o tym mówią, nie potrzebują też kielicha czegoś mocniejszego, żeby się do tego przyznać. Szkoda, że inni, nawet po francuskim winie, tego nie potrafią zrozumieć.

A tekst Tomka Machały inspiruje podwójnie. Okazuje się, że tak jak nie trzeba zrzucać sutanny, żeby móc spokojnie i stanowczo krytykować to co złe jest w Kościele, tak droga do sławy niekoniecznie musi wieść przez knajpy przy Placu Trzech Krzyży, ale wręcz przeciwnie - przez centralnie stojący na nim budynek świątyni.

Warto o tym pamiętać, a jeszcze lepiej mówić. Głośno mówić i nie tylko od święta.