Sytuacja na Krymie, oprócz oczywistych słów potępienia dla Rosji, skłania do coraz ostrzejszej krytyki Unii Europejskiej za nic nie znaczące sankcje wobec agresora, czego wyrazem jest zakaz wjazdu na terytorium UE dla kilkunastu drugorzędnych urzędników Kremla. Sądzę jednak, że grunt pod dzisiejsze kłopoty Unia przygotowała sobie już sześć lat temu.

REKLAMA

W lutym 2008 roku niepodległość ogłosiło Kosowo stanowiące dotąd autonomiczną prowincję w Serbii. Pisałem wtedy, że „Unia Europejska i USA popierając i podsycając niepodległościowe aspiracje Kosowa, nie są do końca świadome, jakie konsekwencje to za sobą pociągnie”. Wskazywałem też, że oderwanie Kosowa od Serbii „może rozbudzić na nowo drzemiące na Bałkanach upiory wojny i wywołać konflikty, które – jak mieliśmy nadzieję – już ucichły”.

Ale nade wszystko tamta decyzja stworzyła precedens, do którego mogą nawiązywać wszyscy ci, którzy z takich czy innych powodów chcieliby oderwać zamieszkiwane przez siebie terytorium od dotąd zintegrowanego i stanowiącego jeden podmiot prawa międzynarodowego państwa. Secesja Kosowa sprzed sześciu laty była nie tylko dotkliwym policzkiem wymierzonym Serbii – wszak Kosowo to jakby kolebka serbskiej państwowości, ale upokorzyła też Rosję, która Serbię bardzo wtedy wspierała.

Nic nie może usprawiedliwić agresywnej polityki Rosji wobec Ukrainy i dokonaną de facto aneksję Krymu. Gdy słuchałem dzisiaj Putina mówiącego o tym, że chodziło tu o obronę Rosjan żyjących poza granicami Rosji, to jako historykowi – mimo że powstrzymywałem się od takich analogii – trudno jest mi uniknąć wrażenia, że już takie słowa kiedyś słyszeliśmy, tyle że wtedy była mowa o Austrii „wracającej” do Niemiec lub o krzywdzonych Niemcach sudeckich. Problem jednak polega na tym, że gdy dzisiaj Unia Europejska i Stany Zjednoczone dezawuują – i słusznie – referendum przeprowadzone na Krymie jako niezgodne z normami prawa międzynarodowego, to zawsze mogą usłyszeć, że skoro Albańczykom z Kosowa (czyli większości mieszkańców) dano prawo do oderwania się od Serbii, to w czym gorsi są (też będący w większości) Rosjanie z Krymu.

Jaki z tego płynie morał? Ano taki, że gdy się wsiada do pociągu na stacji Kosowo, i to nawet wtedy, gdy towarzyszą nam jak najlepsze intencje, to chcąc nie chcąc można dojechać do stacji Krym. Albo inaczej rzecz ujmując – że przyjmowanie podwójnych norm i podwójnych standardów zawsze prowadzi na manowce.