projekt: Blanka Tomaszewska / fenommedia
foto: Magda Ośko / Maciej Bogunia
projekt: Blanka Tomaszewska / fenommedia foto: Magda Ośko / Maciej Bogunia https://www.facebook.com/teatrwielkioperapoznan/photos/a.10150705244323419.421207.139360013418/10152231949168419/?type=1&theater

Kilka uwag na marginesie premiery spektaklu "Don Giovanni" w poznańskim Teatrze Wielkim.

REKLAMA

No i stało się! Premiera „Don Giovanniego” w Teatrze Wielkim za nami. Nie odczuwam już nawet złości z powodu teatralnego gniotu, który zaserwowano publiczności w sobotni wieczór. Jest mi zwyczajnie przykro. Oto kolejna premiera, której reklamiarska tuba, zwiastując przybycie do Poznania Pippo Delbono, reżysera o nikłym doświadczeniu operowym, wyła tym silniej im bardziej niepokojące informacje płynęły z sali prób. Rzec by można- nihil novi. Czyż inaczej było przy okazji „Parsifala” w październiku ubiegłego roku, kiedy realizację Wagnerowskiego misterium scenicznego oddano w ręce Kirsten Delholm? To także miało być wydarzenie wysokiej rangi, a skończyło się buczeniem publiczności, podobnie jak omawiany tu „Don Giovanni”. Aby oddać w sposób najpełniej możliwy bezkres teatralnego pustosłowia tego spektaklu, należałoby idąc za przykładem Antoniego Słonimskiego, zamiast recenzji, pozostawić puste miejsce. Na to pozwolić sobie nie mogę, dlatego wybacz mi Czytelniku moment, w którym będziesz zachodził w głowę, jak to możliwe, że na scenie teatralnej zabrakło miejsca właśnie dla teatru.

Otóż koncept reżysersko-scenograficzny Delbono zasadza się na bardzo prostych, właściwie prymitywnych chwytach. Przestrzeń sceny zabudowana jest trzema ciemnymi ścianami, z których jedna, w zależności od potrzeby chwili rozsuwa się, bądź też w bezruchu towarzyszy dwóm pozostałym. Sporadycznie pojawiają się rekwizyty, z których szczególnym wzięciem cieszy się kanapa, co chwilę wnoszona i wynoszona przez obsługę techniczną sceny. Po ósmym wniesieniu, przestałem liczyć kolejne. Meblarska pląsanina wywołała irytację publiczności, która początkowo reagowała śmiechem, potem zaś wydawała pomruk znużenia. Siedząca obok mnie dama, nieco kąśliwie, ale słusznie, wyraziła na głos swoje zdziwienie, dostrzegając, że kanapy nie wniesiono do oklasków.

Postaci w dziele Mozarta, dają reżyserowi nieposkromione wręcz pole do popisu budowania ich wizerunku i tworzenia wzajemnych napięć. Niestety Pippo Delbono nie wykorzystał tej możliwości w najmniejszym stopniu. Ruch sceniczny co chwilę zamiera, postaci zastygają bez uzasadnienia. Śpiewaków pozbawiono pogłębionej i przemyślanej gry aktorskiej, szamocząca się niby w konwulsjach Donna Elvira, stanowi w koncepcji reżysera wyjątek, lecz rodzaj scenicznego dziania się raczej ośmiesza postać niż nadaje jej oczekiwanego tragizmu. Dla osłody widz otrzymuje wprawdzie tańczący w kółko, na wzór dziecięcej zabawy, bądź drepczący z nóżki na nóżkę balet, lecz to dość skromna propozycja, jak na światową rangę reżysera. Pełen niezwykłego napięcia finał opery również przynosi rozczarowanie, Don Giovanni ustylizowany na rosyjskiego barytona Dmitra Hvorostowskiego, zrywa w pewnej chwili białowłosą perukę, przypominając znane już z innych inscenizacji chwyty . Czyż nie przypomina to finału z opery Donizettiego „Roberto Devereux” w inscenizacji Christofa Loya? Znów bez celu, znów bez jakiejkolwiek myśli nadającej scenie logiczną postać. Przybycie Kamiennego Gościa, zbudowane od strony muzycznej na niezwykle nowatorskiej i dojmującej emocjonalnie wyobraźni Mozarta, reżyser poznańskiego spektaklu oddaje walkowerem. Nawet tak wspaniała muzyka nie jest w stanie poruszyć jego teatralnej inwencji, widz zdaje się na siebie, wyczekując końca sceny.

Na „Don Giovannim” potknąć się nietrudno, jest to dzieło w najwyższym stopniu doskonałe, pełne wyzwań i zmuszające do myślenia. Stąd dziwić może sam pomysł powierzenia jego realizacji reżyserowi, który przegrywa już na wstępie, nie czując finezji muzyki i fenomenalnego zestrojenia jej ze słowem libretta. Delbono nie jest „człowiekiem opery”, mści się na nim brak doświadczenia i nieznajomość muzyki. Włoski gość poznańskiej Opery, wyrosły na teatrze alternatywnym, podjął się zadania, które przerosło go w każdym calu. Brak warsztatu, który wymagany jest w zetknięciu z materia opery, a zwłaszcza dziełem tak artystycznie wyrafinowanym jak „Don Giovanni”, zniweczył jakiekolwiek, z reguły nieudolne, wysiłki. Dlatego też może warto pamiętać o słowach Herberta „I nie bądźcie na litość Boską nowocześni. Bądźcie rzetelni”. W tym przypadku zabrakło rzetelności bez wątpienia.

Na podkreślenie zasługuje fakt, że fatalna reżyseria, a raczej jej brak, nie odebrała większości solistom możliwości popisania się sztuką wokalną na wysokim poziomie. Przede wszystkim wielki tryumf artystyczny tego wieczora święciła Iwonna Hossa, która stworzyła niebanalną, autentyczną postać Donny Anny. Głos Hossy o szerokiej skali, wyrazistej średnicy, charakterystycznej ciepłej barwie i nienaganna technika wokalna, wywołały gromki aplauz publiczności. Iwona Hossa wypada nie tylko znakomicie jako solistka, ale także partnerka, która perfekcyjnie odnajduje się w niełatwych ensembleach Mozartowskiej partytury. W śpiewie poznańskiej Primadonny było wszystko, czego należy oczekiwać po partii Donny Anny. Drugim bohaterem sobotniej premiery był baryton Stanisław Kuflyuk, czarujący muzykalnością, pełen wokalnej swobody, z nienagannym wysokim dźwiękiem „A”, porwał publiczność bez reszty. Bardzo dobrze wypadł też Krzysztof Bączyk, kreujący postać Masetta, choć wolałbym usłyszeć go w partii Komandora, do czego niewątpliwie predestynuje artystę jego ciemna barwa i niski rejestr głosu. Niestety nie był to spektakl marzeń dla Wioletty Chodowicz, histeryczny, pełen nerwowości śpiew graniczył z wulgarnością. Nie uwiodła mnie także Natalia Puczniewska, której subretkowy sopran niekoniecznie pasuje do partii Zerliny. Wielkie brawa dla Wojciecha Śmiłka za dowcipnego i wyrazistego Leporella.

Poznański „Don Giovanni” przyniósł ogromne rozczarowanie grą orkiestry pod dyrekcją Gabriela Chmury. Nagromadzenie nieczystości intonacyjnych, wahnięcia temp, a przede wszystkim brak pomysłu na całość dramatyczno-muzyczną, sprawiało uporczywie wrażenie niedostatecznego przygotowania zespołu i samego dyrygenta.

Miało być pięknie, a wyszło tak jak zwykle. Szkoda!

Honorarium Pippo Delbono, jak donosi portal eGospodarka.pl wyniosło ok. 106 tysięcy złotych. Ze szczegółami przetragu można zapoznać się klikają na link.