Putin wywraca stolik o nazwie „ład międzynarodowy”, czym ostatecznie grzebie wizję o końcu historii. Koniec belle epoque? A może początek nowego otwarcia.
Pamiętacie scenę z „Matrixa” w której agent Smith tłumaczy Morfeuszowi, że pierwszy Matrix został zaprojektowany jako świat idealny, bez cierpienia i wojen, ale okazał się katastrofą? Dlatego został przeprogramowany tak, że wyglądał jak świat końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku, bo lepiej dla ludzkości już być nie może. Bracia Wachowscy mówili tym, że cywilizacja – co prawda tylko jako pozorna realność, bo w istocie będąca stworzonym przez pozaziemskich okupantów programem – nie może już pójść naprzód. Rozwój osiągnął swój kres. Cyberpunkowa wizja spotykała się w tym miejscu z oklepaną tezą Francisa Fukuyamy. Tyle, że była jej ponurą wersją. Optymistyczny, ale i zarazem powierzchowny, esej Fukuyamy był dla wielu prawdą objawioną w latach dziewięćdziesiątych (aż do zamachów na World Trade Center). Po obaleniu Żelaznej Kurtyny liberalna demokracja miała się rozprzestrzeniać na całym świecie, zglobalizowana gospodarka – neoliberalna lub nieco bardziej uspołeczniona w zależności od regionu - miała stale rosnąć, a indywidualni „obywatele świata” bogacić się. Tego doskonałego samopoczucia nie psuły wojny w byłej Jugosławii, Czeczenii, Rwandzie, które wszak nie miały charakteru globalnego. Nie sprawdziło się. Większość społeczeństw świata nie żyje w ustrojach liberalnej demokracji, od dekad terroryści spod znaku Al-Kaidy i innych prowadzą przeciwko swoim wrogom współczesną wojnę zaczepną, ludzie nadal wyrzynają się na tle religijnym (Sudan, Indie).
Tezę o końcu historii ostatecznie grzebie obecny kryzys stosunków międzynarodowych. Przeciwko w miarę zgodnej współpracy wynikającej z globalnej współzależności występuje stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ, największe terytorialnie państwo świata. Doktryna Putina – Miedwiediewa zakłada, że Rosja może naruszać terytorialne status quo wszędzie tam, gdzie mieszkają etniczni Rosjanie. W warunkach akceptacji większości Rosjan na Ukrainie, Federacja wprowadza w życie tę doktrynę niczym niesprowokowana. Awanturę rozpętuje nie organizacja terrorystyczna, nie grupa religijnych fanatyków, ani nawet nie jakiś reżimowy rząd na krańcach świata, ale ogromne państwo w imię imperialistycznych resentymentów (bo według Putina upadek Związku Radzieckiego to była największa katastrofa w XX wieku).
Czy to oznacza, że lepiej już nie będzie? Nie. Po pierwsze, na razie mamy do czynienia jedynie z próbą wywrócenia przez Putina stolika. Żaden Gavrilo Princip nie spowoduje wybuchu wojny. Rosjanie nie najadą zbrojnie Polski. Putin nie postradał zmysłów i nie chce zupełnej izolacji Rosji, czemu daje wyraz umizgami w stronę Niemiec. Putin, chcąc zachować strefy wpływów, choćby w obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw, będzie przekonywał, że ludność lub rządy od Mołdawii aż po Kazachstan, które nie chcą podporządkować się rosyjskiemu wpływowi to awanturnicy, faszyści, a wspierają ich rusofobiczni Polacy czy Bałtowie. Wojna propagandowa to jednak nie wojna z użyciem twardej siły. Putin jednocześnie uważa, że Europa jest słaba i zdemoralizowana. Stąd, w tej całej swojej ukraińskiej szarży, której geneza bierze się z pomieszania kompleksów, resentymentów i aspiracji, Putin zetknął się z niespodziewanym oporem. Siła zachodniej dyplomacji (wciąż dyplomacji, a nie gruntowania się na „zimnowojennych” pozycjach) opierać się musi na zdecydowaniu, konkretach i jedności. Wspólny i stanowczy głos Europy wobec Rosji jest warunkiem skutecznej obrony zagrożonych sąsiadów oraz może spowodować, że niedźwiedź się uspokoi.
Dla Europy kryzys ten może być akuszerem zmian wewnątrz Wspólnoty – motorem zgłębiania integracji, dalszego przełamywania egoizmów, poszukiwania silniejszego leadershipu. Nic tak przecież nie jednoczy, jak wspólne zagrożenie.
